poniedziałek, 12 lutego 2018

Nędznicy po ukraińsku, czyli opowiadania Iwana Franki

Ten tekst powstał trochę z przekory. Bo choć opowiadania Iwana Franki, przeczytane w ramach przedmiotu obowiązkowego na studiach, autentycznie mnie zachwyciły, bardzo możliwe, że nie poświęciłabym im osobnego tekstu. Gdyby nie to, co przytrafiło mi się później na egzaminie.

„Nawet Frankę pani przeczytała?”, powiedziała tylko pani profesor z nutką lekceważenia w głosie, po czym przystąpiła do biadolenia, jak mogłam nie sięgnąć po żaden ze staroruskich i staroserbskich eposów. Skutek tego szkolnego podejścia? O słowiańskich eposach nigdy u mnie nie przeczytacie, za to z wielką przyjemnością opowiem Wam o tym, dlaczego opowiadania Franki to moim zdaniem wielka literatura – i dlaczego bardzo chciałabym, żebyście i Wy je poznali.

Człowiek znaczy mniej niż świnia

Przede wszystkim – historie, które chyba wzruszyłyby nawet kamień. Opowieści o ludziach i biednych i pogardzanych, jak dziadek Onufry (opowiadanie Pańszczyźniany chleb), zawsze głodny, noszący w kieszeni twardy, czarny, stary chleb, na widok którego zapłakał nawet ekonom, bezlitośnie batożący pracujących na roli wieśniaków. Bohaterowie Franki to jednostki liczące się dla urzędników mniej niż skrępowana powrozami świnia (Świńska konstytucja), zmuszane przez los do ciężkiej i niebezpiecznej pracy w kopalniach, gnębione przez możnych panów lub przez bezlitosny system.
„Do tej chwili nic nie rozumiałem i nie zastanawiałem się nad tym: kazali pracować – pracowałem, bili – cierpiałem, bo widziałem, że i inni to znoszą (…). Ale te łzy ekonoma od razu mi wszystko w duszy do góry nogami przewróciły. Zrozumiałem, że musi być straszne zło, straszna niesprawiedliwość na świecie, kiedy nawet taki zwierz nad nią zapłakał” (s. 91).
Franko pokazuje, że mimo zmian, które nastąpiły pod koniec XIX wieku, mimo zapisów konstytucyjnych i mimo zniesienia pańszczyzny, prości ludzie, chłopi i robotnicy nadal nie znaczą nic. Czasy, o których pisze, to doba „nowomodnych kijów”, które, w przeciwieństwie do tych tradycyjnych, odczuwa nie tylko sam chłop, ale i jego najbliżsi – kar pieniężnych. W zainspirowanym prawdopodobnie Płaszczem Gogola opowiadaniu Historia kożucha biedna rodzina z powodu kary za nieobecność w szkole chorego dziecka traci to, co dla nich zimą najcenniejsze – jedyny w domu ciepły kożuch. Po tygodniu udaje im się go odzyskać, ale przechowywany przez ten czas w wilgotnej komorze, okazuje się zgniły i niezdatny już do użytku, co w praktyce skazuje rodzinę na głodową śmierć.

Koniec ery łyżkarzy

Status społeczny prostego człowieka nie zmienia się więc, zmieniają się za to, i to w sposób odczuwalny i dotkliwy, inne rzeczy. W życie ludzi wkracza biurokracja – jak i w przypadku łyżkarza z opowiadania Przemysł domowy. Człowiek, który od lat wyrabiał w domowym warsztacie łyżki, słynąc w okolicy ze swojego kunsztu, zostaje zmuszony do zaprzestania działalności, ponieważ za jej rejestrację zgodnie z przepisami musiałby zapłacić więcej, niż zarobiłby przez kilka lat.

Iwan Franko w roku 1898.
Przemiany te oznaczają jednak nie tylko utratę środków utrzymania dla wielu ludzi. Nowe przepisy i postępująca biurokratyzacja skazują także na bezpowrotne odejście pewną kulturę i sposób życia. Franko z sentymentem i czułością wręcz opisuje dawne profesje oraz oddających się im z zapałem ludzi, a w zamykającym zbiór osobistym opowiadaniu W kuźni wspomina chwile, gdy jako mały chłopiec towarzyszył przy pracy swojemu ojcu-kowalowi. W jego kuźni zawsze panował radosny gwar, sąsiedzi wpadali na kieliszek wódki i pogawędki, miejscowi gawędziarze dzielili się swoimi historiami, a klienci, za zachętą ojca, sami pomagali w pracach kowalskich. I choć ta epoka domowych warsztatów, spotkań i anegdot już dawno minęła, autor wraca do nich z nostalgią i wyznaje, że ogień z kuźni jego ojca wciąż tli się w jego sercu.

Niskie wiejskie strzechy

Obraz wiejskiej społeczności odmalowany przez Frankę nie jest jednak czarno-biały, autor nie dzieli świata na „dobrych chłopów” oraz „złych panów”. Także ludzie prości z tych opowiadań bywają zawistni, nietolerancyjni, szyderczy. Nie bez powodu w zbiorze znalazł się chwytający za serce utwór Mały Miron – historia chłopca, który widzi świat inaczej niż inni, za co jest bezustannie karcony przez rodziców i piętnowany przez otoczenie. Franko zwraca uwagę na dramat ludzi, których nieprzeciętna wrażliwość i indywidualność zostają zdławione w ciasnych wiejskich chatach.
„Zdarzają się po naszych wsiach dość często takie dziwne istoty. Od małego wszystko w nich nie takie jak u ludzi: i chód, i twarz, i włosy, i uczynki, i słowa. A kiedy dziecko takie będzie zmuszone całe życie spędzać pod ciasną wiejską strzechą, bez możliwości rozszerzenia kręgu doświadczeń, bez głębszej wiedzy, kiedy ciemni rodzice zaczną wbijać mu w głowę, by wszystko robiło «tak jak ludzie», to uda im się w końcu zdławić jego indywidualność” (s. 157).
Czy to nie jest uniwersalna opowieść? Czy nie jest tak, że wciąż jednostki wrażliwe i myślące, ale przez to „inne”, są usilnie wtłaczane w przyjęte formy? A przeciętni rodzice zamiast małego oryginała wolą skrojoną na miarę blondyneczkę z samymi piątkami w dzienniczku? Pisałam przecież o tym wcale nie tak dawno, bo omawiając Onego Zośki Papużanki.

Zawsze wie lepiej

Inny utwór, który uderza wręcz uniwersalnością i ponadczasowością – Doktor Besserwisser – jest również dowodem na to, że Franko potrafi nie tylko wzruszać, ale i bawić. Opowiadanie to, jak już sam tytuł sugeruje, jest przepyszną satyrą na ludzi, co „zawsze wiedzą lepiej”. Tytułowy doktor Besserwisser zostaje porównany do ezopowskiego mysikrólika, który schował się wśród piór orła i lecąc na jego grzbiecie chwalił się, że potrafi się wznieść wyżej.

„Dziś może kogoś serdecznie ściskać, a jutro plunie mu w twarz; w tego, komu dziś zwierzał się z najtajniejszych pragnień swojej duszy, jutro ciśnie kamieniem. To jest właśnie oznaka prawdziwej niezależności jego charakteru” (s. 147) – pisze o tym wszędobylskim typie Iwan Franko. I dodaje:
„Przyjemnie jest mieć świadomość, że gdy człowiek zrobi czy napisze jakieś głupstwo, tuż obok znajdzie się szczery przyjaciel, który zaraz, w imię dobra publicznego, udowodni ci, że jesteś idiotą i że on sam zrobiłby to znacznie lepiej. W sercu budzi się radosne uczucie: no, jeszcze nie zginęła Ukraina, póki ma takich synów” (s. 148)
Dźwięki i zapachy ukraińskiej wsi

W opowiadaniach Iwana Franki pobrzmiewają jeszcze echa czasów, kiedy sztuki opowieści można się było uczyć od wiejskich gawędziarzy. Ukraiński pisarz opowiada wprost przepięknie – prosto i bezpośrednio, a zarazem chwytając za serce, do głębi wzruszając czytelnika losem swoich bohaterów. Jego proza jest przy tym niezwykle malownicza. Wręcz czuć w niej poranny powiew wiatru i wilgotny zapach szuwarów u schyłku dnia, słychać rozćwierkane koniki polne i brzęczenie much, jak żywa staje nam przed oczami wieczorna mgła na polach, spod której, „niczym dziecko spod ciepłej pierzyny”, odzywają się derkacze.

Cudowna literacka podróż, której nie spodziewałam się w uczelnianych murach. I tylko szkoda, że tak nie potrafią jej tam docenić.

***
I. Franko, Opowiadania, przeł. Zofia i Stanisław Głowiakowie, wyd. Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1978.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] Wikimedia Commons,
[3] Sergei Prokudin-Gorskii, Library of Congress / Wikimedia Commons.

piątek, 2 lutego 2018

Rodzina jak przypalony gar – „Macocha”, Petra Hůlová [patronat]

Dziwnie się czuję, przystępując do recenzji Macochy – bo narratorka aż się prosi, by jej zacząć grzebać w bebechach. Ale czy powinnam mieć skrupuły, skoro i ona, bez najmniejszej litości dla czytelnika, funduje mu jeden bolesny cios za drugim? Zacznijmy więc tę wiwisekcję!

Miłościwie jednak nie zacznę od tego, co najbardziej osobiste, intymne, od tych najmroczniejszych zakamarków duszy naszej bohaterki. Zacznę od tego, co łączy Julie z bezimienną bohaterką Plastikowego M3. Tu mamy przygniecioną nieudanym życiem rodzinnym autorkę wielkonakładowych romansów, tam – luksusową prostytutkę. Obydwie mieszkają w Pradze, snują podobną narrację („pędzą na własnej głowie niczym na saniach po śniegu zdarzeń”) i bardzo podobnie patrzą na świat. Widzą zanik relacji międzyludzkich, widzą mordercze tempo życia i mówią głośno, że to wszystko jest nie tak.
„Rytm auto-biuro-auto-dom, od czasu do czasu urozmaicany innym: auto-biuro-auto-modny bar-taksi-dom czy też auto-biuro-auto-siłownia-modny bar-taksi-lulu, wyznacza krok szczurom, których pełne są kanały tego miasta, co z tego, że to elegancko urządzone kanały wysokiej klasy” (s. 44).
Za to, że mówią głośno, dostaje im się po głowie. Czasem. A czasem po prostu nikt nie słucha. Julie całymi dniami wygłasza z balkonu swoje płomienne mowy, ale tylko bezdomni i ćpuni od czasu do czasu zerkną, bo tylko im się nigdzie nie śpieszy. Dramatyczny jest ten obraz: bezradna figurka ponad rwącą rzeką nowoczesnego życia, ponad kanałami pełnymi szczurów, bezradna, ale mimo to krzycząca ile w piersiach tchu… Bo „nie, moi drodzy, rycerze z góry Blaník nie nadejdą, by pomóc narodowi w trudnej chwili. Nie. Wszystko jest wyłącznie w naszych rękach” (s. 21).

Gnioty pisane z wyczuciem

Julie jednak nie tylko krzyczy pijana z balkonu. Poza tym też pisze. Ale, żeby było zabawniej, Hůlová uczyniła bohaterką swojej powieści autorkę literatury niskich lotów, a więc zupełnie innej niż ta, którą pisze ona sama. „Zostawiwszy piedestał tak zwanym poważnym autorom, zgarniam szmal do kabzy” (s. 34) – brzmi ostentacyjna deklaracja Julie, trochę w stylu „Wy macie swoje nagrody, ja mam swoje volvo” Viewegha. Co ciekawe, zyskując w ten sposób dystans, ustami swojej bohaterki autorka zdaje się czasem ironizować na swój własny temat:
„Bo ile osób w trudnej sytuacji życiowej, jak pobyt w szpitalu przed operacją czy urlop z rodziną, zabiera ze sobą współczesną literaturę czeską, a ile romansidła? To pytanie retoryczne, rzecz jasna, bo karty dawno rozdane, zostawmy więc zimne piedestały gigantom z ambicjami i nie trapmy ich smutnymi statystykami sprzedaży” (s. 74).
O swoich książkach Julie mówi brutalnie „gnioty”. „Dla nich gniot to zło, gniot to literacki kmiot, a myślą tak nawet ludzie, którzy sami je czytają, wiecie, jak ich rozpoznaję? Tacy mówią na gnioty literatura lekka” (s. 95). Jej pisanie nie ma jednak w sobie nic z masowej produkcji, jest bardzo zaangażowana w pracę twórczą: „Mam w sobie (…) całą masę czułości i wyczucia, dlatego wiem, że długotrwałe, pełne czułości działanie miewa lepszy efekt niż gwałtowne i brutalne, nic na siłę, bo tworzenie na siłę kończy się wielkim bum!” (s. 123). I prawdopodobnie jest tak również dlatego, że jej książki, tworzone przez nią postaci i ich życia są dla niej ucieczką od świata – stąd jej zamiłowanie do szczęśliwych zakończeń. Ale o tym więcej za chwilę.

Literackie przytyki

Pozostając w tematyce pisania oraz tworzonej dziś literatury – mam wrażenie, że Hůlová subtelnie wbija szpileczki swoim konkretnym kolegom i koleżankom po fachu. Na przykład wzmianka na temat ludzi piszących o marszach śmierci, wypełniając narrację tanim wypełniaczem, „jak ramiona garsonki w latach osiemdziesiątych”, to najwyraźniej przytyk do Kateřiny Tučkovej (która zasłynęła w końcu powieścią o brnieńskim marszu śmierci). Z kolei fragment o sprzedawaniu w książkach własnego życia pachnie mi aluzją do Boučkovej.

Narratorka(/autorka?) śmiało też ironizuje na temat tzw. ambitnej literatury i tego, co dziś pod tym pojęciem rozumieją krytycy: „Miała za cel dręczyć i przygnębiać, a to się nazywa wartościowa proza. Autor dręczy siebie i czytelnika, autora z kolei zadręcza udręczony krytyk, który ma już dość całej tej udręki, a to się z kolei nazywa czekanie na wielką czeską powieść” (s. 69). Dodaje: „Tak zwana literatura bowiem (ta, która gardzi moją) obfituje zwykle w całą gamę sposobów na spieprzenie sobie życia” (s. 125). Czy to nie świetna charakterystyka samej Macochy? (Uch, co za zapętlenie!).

Oprócz samej literatury narratorka opowiada też o czeskim środowisku literackim – tym z lat 90., gdy jeszcze była na początku swojej pisarskiej drogi. To światek mały, przesiąknięty zawiścią, w którym karierę najłatwiej jest zrobić przez łóżko. Centralnym jego punktem jest tajemniczy T.K., „odkrywca młodych talentów i młodych cipek”. Oczywiście ile w tych historiach faktów, jej własnych wspomnień, a ile zmyśleń, wie tylko Hůlová – ale doskonale zdaje sobie sprawę, że będzie to nurtować czytelnika.

Czerwone jak krocza małych dziewczynek

Poznając te wspominki z literackiej młodości, powoli wchodzimy coraz bardziej w życie osobiste naszej barwnej bohaterki. „Zawsze zapędzam się tak daleko w technologię i konstrukcję świata, kiedy nie chcę mówić o mojej własnej” (s. 16) – twierdzi narratorka, i wygląda na to, że z czasem coraz bardziej ma jednak potrzebę mówienia o konstrukcji własnej. Coraz mniej w niej roztrajkotanej bohaterki Plastikowego M3, zyskuje za to własną, wymizerowaną, wykrzywioną bólem twarz.

Choć korzenie obydwie zdają się mieć wspólne. Ze swojego dzieciństwa Julie wspomina właściwie tylko dwa wydarzenia – moment, gdy znalazła swego dziadka („żydokomunistyczną świnię”, której geny „śmierdzą w niej jak zgniły rybi łeb”) martwego w łazience oraz chwile, kiedy była molestowana seksualnie. I przypominam sobie misję narratorki M3, jej bohaterską walkę ze stryjkotatulami, oraz jej zapewnienia, że sama miała szczęśliwe dzieciństwo, żadnych traum, zapewnienia gorliwe, tak gorliwe, że aż budzące podejrzenia… Te fragmenty dotyczące molestowania dzieci są oczywiście, tak w Plastikowym, jak i tutaj, głęboko wstrząsające (i przywodzą mi na myśl również inną bardzo bolesną lekturę w temacie, Przyczynek do historii radości Radki Denemarkovej).
„Dziecko stojące sztywno jak kukła, które wszystko znosi, bo wie, od zawsze wie, że dorośli są dziwni. Niby dlaczego ręka obcego mężczyzny w miejscu, gdzie jej być nie powinno, miałaby się wydać dziecku dziwniejsza od niezrozumiałych, prowadzonych podniesionym głosem rozmów dorosłych? Krzyczę ze swojego balkonu, że te biedne małe dziewczynki o niczym nie mają pojęcia (…). Znów wrze we mnie lawa, gotowana w zbyt małym rondlu konfitura z malin, czerwonych jak krocza małych dziewczynek” (s. 29).
To żarłoczne macierzyństwo

Z czasem przechodzimy wreszcie do tego, co wydaje mi się najważniejszym tematem Macochy – do rodziny. Po szalonej literackiej młodości, po okresie burzliwych związków miłosnych oraz ustawicznego poczucia winy, z sercem twardym i pokrytym bliznami, bohaterka wychodzi za mąż i rodzi „dwa słodkie gołąbeczki”.

Wsłuchując się w jej opowieść, dochodzimy jednak do wniosku, że zdecydowała się na ten krok z powodów raczej smutnych. Bo chciała mieć w kimś oparcie na starość, bo chciała z tym zdążyć, póki był jeszcze czas, bo zegar biologiczny bezlitośnie tykał.
„Żal nad prewencją żalu, czyli decyzją o posiadaniu potomstwa, chociaż nie ma się na nie specjalnej ochoty, wymuszoną strachem, że ta ochota mogłaby nadejść w przyszłości, kiedy jajniki wypadną z gry i przyjdzie nam się uciekać do poniżających metod laboratoryjnych, a potem, po przekroczeniu lat czterdziestu pięciu, nie pozostanie nam już nic prócz wycia, alkoholu i goryczy” (s. 101).
W desperacji więc zdecydowała się na macierzyństwo, ale, jak sama mówi, był to dla niej wybór Zofii – bo najbardziej na świecie chciała pisać. Naiwnie liczyła, że jeśli „odhaczy” dzieci, do końca życia będzie mogła skupić się na swojej pracy. Nie stało się tak jednak, bo jej spragnione kontaktu pociechy wiecznie stały „z nosami przyklejonymi do matowej szyby w drzwiach mojego gabinetu, wystukując na niej paluszkami długie sonaty”. W jej relacjach macierzyństwo to żarłoczna bestia, która żywi się osobistym zaangażowaniem, życiową pasją. Nie może zrozumieć, że jej dzieci oczekują od niej wejścia w tradycyjną formę matki – i nie może się z tym pogodzić.


Oczekiwanego zrozumienia nie otrzymuje również od męża. Wyrzuca mu, że nie szanował jej pracy, że uważał jej książki za absurd i stratę czasu, że jej potrzebę bycia samą, poświęcenia się pisaniu, traktował jako widzimisię. Nie doceniał jej. Dlatego mówi gorzko: „Naprawdę rzygać mi się chce, że muszę teraz uderzyć w te stare spróchniałe struny, ale dlaczego to zupełnie oczywiste, że kiedy pracuje mężczyzna, wszyscy szanują jego prawo do świętego spokoju?” (s. 92).

Pozbawiona tego metaforycznego „własnego pokoju” Virginii Woolf (o samej Virginii Hůlová opowiada trochę w tym wywiadzie – po angielsku!), bohaterka odreagowuje frustrację na dzieciach. Słodkie gołąbeczki z czasem przyzwyczajają się do podawania rodzicom w trakcie awantur plastikowych talerzy, uczą się również zmywać z chodnika zupę, wylaną przez okno w matczynym przypływie szału. Dzielnie szorują gar po rodzinnej zupie, przypalony, gdy już wyparował z niego wzajemny szacunek rodziców. Ale czy to można nazwać szczęściem rodzinnym? Nie dziwi więc aż tak bardzo, że córeczka, z początku obdarzając ją inwektywami w stylu „ty zupo kalafiorowa”, z czasem zamienia je na „ty załgana pizdo”. Projekt rodzina definitywnie upada. A w ślad za tym upadkiem przychodzą gorzkie refleksje:
„Trwamy, chociaż nie myślimy. A może właśnie dlatego? Najlepiej trzymają się rodziny, w których muły wciąż i wciąż bez gadania obracają korbę mechanizmu dźwigowego, ktoś, z jakiegoś bliżej nieokreślonego dołu, podaje im wiadra materiałów budowlanych i budynek-rodzina rośnie aż miło, a jego okna zawsze zwracają się w stronę słońca” (s. 156).
W przepaść

Na tym etapie czytelnik, choć żałuje oczywiście zaniedbanych dziatek, bez większego trudu jest również w stanie wczuć się w narrację matki i współczuć także jej. Ale wkrótce obraz rodziny staje się coraz bardziej niejednoznaczny, a gdzieś na marginesie pojawiają się niepokojące elementy. Jest scenka ukrywania się z córką w szafie, ponieważ „mąż był brutalny” i jest kontrowersyjne „mizianie” mamy z dziećmi, po którym pewnego razu zostaje wywleczona za włosy z łóżka.

Tych niepokojących wzmianek jest tym więcej, im dalej. Narracja również się zmienia, z mglistej i podającej rodzinny dramat w sposób zawoalowany staje się jasna i ostra jak brzytwa, szczera, osobista, jakby dopiero w trakcie pisania autorka nabrała odwagi do powiedzenia tego, co powiedzieć w swojej książce chciała. I to jest ten moment, w którym narratorka staje jakby na skraju przepaści, przepaści Macochy, ciemnej otchłani swojej bezradności, alkoholowych wizji, pracoholizmu. Po czym rzuca się w tę przepaść. Granica między rzeczywistością a fantazją zaciera się, powracają te najgorsze wspomnienia, dokonane aborcje, patologiczne skłonności („oddałabym wszystko w świecie, by móc całować się z własnym synem”). 

I nie pomaga tu nawet Jarda, poczciwy Jarda zalatujący potem ciężkiej pracy, Jarda, który po rozwodzie pomógł jej uwierzyć, że jednak możliwy jest związek, którego podstawą jest wolność, i w którego ramiona wpada zaraz wyjściu z gabinetu, „a to się nazywa miłość”. Już za późno – zbyt ciężki jest ten emocjonalny bagaż, by nawet Jarda mógł ją uratować.

Dopiero wtedy poznajemy ją naprawdę. Zaczynamy rozumieć, że przez całe życie toczy walkę ze samą sobą, czuje się podła, bezużyteczna, wciąż zawodzi samą siebie. I że pisanie, którego trzyma się tak kurczowo, znaczy dla niej tak wiele, bo jest po prostu ucieczką od rzeczywistości – dzięki swoim historiom i bohaterom oraz dzięki reakcjom czytelniczek zapomina o tym, co tu i teraz. O ogromie jej bezradności świadczy fakt, że w pewnych momentach zaczyna się modlić. Komu innemu, jak nie Bogu miałaby dziękować, że nie musiała się uciekać do metody in vitro, i do kogo innego miałaby się zwracać: „Wysoko do Ciebie, do Ciebie teraz mówię, i do tej małej śpiącej głowy, którą masz w swojej opiece” (s. 97)?

Życie w ciemnościach

Wspomniałam, że w pewnym momencie narratorka rzuca się w ciemną otchłań, że pochłania ją mrok. Również fizyczna ciemność panuje w mieszkaniu bohaterki – choć ma w nim siedem okien, nawet w ciągu dnia nie pozwala odsłaniać gęstych zasłon. To również sposób, by odciąć się od świata zewnętrznego. Jedynym jej maleńkim oknem na świat pozostaje balkon, ten balkon, z którego wywrzaskuje swoje płomienne mowy, i który jest również symbolem wspomnień dawnego życia, wątłą nadzieją na stateczność przyszłego.
„Jeśli o mnie chodzi, staram się unikać świata, i gdy z mojej szafy na ubrania wylatuje mól, z miejsca potrafię wczuć się w jego skórę i wyobrazić sobie życie w ciemnościach wśród płaszczy” (s. 14).
Jakoś współgra mi to z metaforą szczęścia jako ćmy, która wcisnęła się do mieszkania przez niedomknięte okno, lgnąc do światła – bo wtedy jeszcze było światło. Uwięziona później w ciemnościach ćma zamienia się w ptaka, który nie może poderwać się do lotu, i w końcu usypia. Nie daje się już obudzić, a narratorka stwierdza, że „w naszym domu nigdy nie było miejsca na tego patrocha”. Bardzo smutna metafora.

Ten obraz pogrążania się w ciemnościach przypomina mi drogę, jaką przebywa bohaterka W ciemność Anny Bolavej. Z jakichś powodów jednak w tej historii odnajduję się bardziej, bardziej również współczuję bohaterce Hůlovej, choć sama autorka nazywa ją potworem, i rzeczywiście na pierwszy rzut oka kimś takim może się wydawać.

Emancypacja bez szans na happy end

Petra Hůlová
Wracam jeszcze na chwilę do tego kobiecego dylematu, do tego wyboru Zofii między dziećmi a pracą. Między dziećmi nie do końca chcianymi, ale mimo to powoływanymi na świat, „bo później będzie za późno”, a pracą – ale nie pracą, od której ucieka się z ulgą, ale pracą-pasją, tą, która stanowi treść życia. Czy w takiej bajce jest w ogóle możliwe szczęśliwe zakończenie?

Przypomniały mi się tu słowa Hrabala: „Gdybym miał dzieci, to jak mógłbym myśleć o pisaniu! Z pewnością troszczyłbym się o dzieci, o pisaniu nawet bym nie pomyślał, ponieważ dla mnie rodzina i dzieci znaczą więcej niż cokolwiek innego na świecie”*. Czyli – jeśli dzieci, to z pisaniem koniec. A to przecież jeszcze inna sytuacja, bo historia opisana w Macosze to historia kobiety. Od kobiety, jak zauważa Hůlová, w dużo większym stopniu oczekuje się wyrzeczeń. Czy jedyną drogą do rodzinnego szczęścia w przypadku kobiety jest zrezygnowanie z osobistych marzeń, położenie po sobie uszu i poświęcenie wszystkiego dzieciom? Ale czy można wtedy mówić o szczęściu? O spokoju, stabilizacji – być może. Ale co ze szczęściem?

Z Macochy wynika więc, że w tej sytuacji nie ma szans na happy end. Narratorka uważa, że wszelka kobieca emancypacja, dążenie do życia po swojemu „sprawia, że historia zmierza do nieszczęśliwego zakończenia”. Dlatego bohaterki jej powieści nigdy nie są wyemancypowane. Tam, gdzie pojawia się skłonność do refleksji, do rozmyślania i analizowania – szczęśliwe zakończenie i proste życie rodzinne zawsze będzie zagrożone.

Za twarzą potwora

Silne emocje przy lekturze, kilka długich tygodni zbierania myśli, trawienie tego, co przeczytałam – Macocha to z pewnością jedna z książek, których lekturę najmocniej przeżyłam. Dlaczego? Bo tak jak bohaterka Hůlovej jest wyczulona na obłudę „jak żeglarz na światło latarni morskiej”, tak ja jestem wyczulona na emocje, życiową bezradność i zagubienie, a wszystko to czuję i widzę za twarzą tego „potwora”. To obraz jest zupełnie inny niż ten, którego spodziewałam się po wypowiedziach Hůlovej w wywiadach. Tak, ta kobieta wyrządziła wiele zła, ale tylko dlatego, że nie potrafiła sprostać wszystkim oczekiwaniom. Łącznie z własnymi, bo „najdotkliwiej zawodzimy przecież samych siebie”.
„»Wszystko w porządku, mamusiu?«, nagle czuję, że chcę tak trwać, nigdy nie otworzę oczu, byleby tylko jeszcze raz powiedział tak czule mamusiu (…), bo przecież kiedyś byłam mamusią, mamunią, a moje robaczki przynosiły mi z podwórka bukieciki stokrotek i leżały na mej piersi okryte kołdrą długich włosów…” (s. 169).
P.S. Oczywiście wielkie gratulacje dla tłumaczki. Wydaje mi się, że to była dużo cięższa przeprawa, niż w przypadku Plastikowego M3. Będę chciała sięgnąć do źródła – i jeśli ruszy mój cykl z uwagami o przekładach, na pewno Macocha się w nim znajdzie!

***
P. Hůlová, Macocha, przeł. Julia Różewicz, wyd. Afera, Wrocław 2017.

Na Literackich Skarbach Świata Całego również:
➤ Wstręt, odraza, prowokacja. Zapowiedź premiery Macochy
➤ Z kamerą wśród raszpli. Recenzja Plastikowego M3
➤ Mongolia cudownie odrażająca. Recenzja Czasu Czerwonych Gór – debiutu Petry Hůlovej
➤ Czeska literatura jest kobietą. Najważniejsze czeskie pisarki ostatnich lat

*Cytat Hrabala pochodzi z Dryblingu Hidegkutiego (przeł. Aleksander Kaczorowski, wyd. Czuły Barbarzyńca Press, Warszawa 2011). Pozostałe cytaty, które znalazły się w tekście, pochodzą z Macochy.

A o Macosze przeczytać można już też m.in. na:
Czepiam się książek,
Księgarka na regale,
Czechożydek,
Cuddle up with a good book,
Melancholia codzienności,
e-Makulatura.

czwartek, 18 stycznia 2018

O współpracy tłumacza i wydawcy – relacja ze spotkania

O przekładzie literackim oraz specyfice pracy tłumacza mówi się dziś coraz więcej. Pojawiają się wywiady z tłumaczami, nowe publikacje poświęcone sztuce przekładu, organizowane są spotkania i debaty na ten temat. W jednym z takich wydarzeń, dyskusji w krakowskiej Artetece, zatytułowanej „Tłumacz/ka - redaktor/ka - wydawca: wymiary współpracy” i zorganizowanej przez koło „WKoło Tłumaczeń”, miałam przyjemność wczoraj uczestniczyć. A ponieważ zainteresowanie wydarzeniem wyraziło sporo osób, także spoza Krakowa, obiecałam podzielić się swoją krótką relacją.

W rozmowie udział wzięły Aleksandra Małecka, tłumaczka i wiceprezeska Fundacji Korporacja Ha!art, Magdalena Matuszewska, redaktorka inicjująca w Grupie Wydawniczej Foksal, oraz Małgorzata Szczurek, redaktorka naczelna wydawnictwa Karakter. Spotkanie poprowadziła Agnieszka Pokojska, tłumaczka oraz wykładowczyni w Podyplomowym Studium dla Tłumaczy Literatury przy Katedrze UNESCO UJ.

Dyskusja, zorganizowana przede wszystkim z myślą o młodych adeptach przekładu literackiego, dotyczyła tego, jak wygląda współpraca między tłumaczem a wydawnictwem oraz reprezentującym je redaktorem. Na wstępie wyjaśniono, że chodzi o redaktora prowadzącego/inicjującego (a więc tego, który opiekuje się publikacją, nie tego, który dba później o kształt językowy tekstu), co było dla mnie małym rozczarowaniem. Otrząsnęłam się z niego jednak i skupiłam się na rozmowie, by wyciągnąć z niej dla siebie jak najwięcej.

Jak zostać tłumaczem?

Na początek sporo uwagi poświęcono samemu rozpoczęciu współpracy. Mowa była m.in. o tym, w jaki sposób nawiązać kontakt i na co szczególnie zwrócić uwagę, wysyłając maila do wydawcy. Niestety ta część rozmowy moim zdaniem utonęła trochę w oczywistościach (bo to, że żaden młody tłumacz nie powinien wysyłać maila z ofertą współpracy bez propozycji książki do przekładu ani próbki swojego tłumaczenia, jest przecież chyba oczywiste, podobnie jak fakt, że sam e-mail musi być dobrze i poprawnie napisany).

Wydawczynie zdradziły, skąd najczęściej werbują tłumaczy, jeśli mają konkretną pozycję do przełożenia. Jeśli jakaś książka danego autora jest już dostępna po polsku, w pierwszej kolejności biorą pod uwagę jej tłumacza, jeśli nie – korzystają z bazy Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury lub z poleceń zaufanych osób. Małgorzata Szczurek podkreśliła jednak, że są teksty specyficzne, które wymagają odpowiedniego dobrania tłumacza – na przykład takie, do tłumaczenia których potrzeba dużego poczucia humoru, co nie jest tak częste w narodzie ;).

Oczywiście powyższe sytuacje nie dotyczą tłumaczy przed debiutem, tacy więc muszą szukać dojścia do wydawnictw innymi drogami. Podstawa to oczywiście propozycja książki do przekładu, najlepiej sprofilowanej pod kątem wydawnictwa, do którego się zwracamy. Jak zaznaczały rozmówczynie, ważna jest śmiałość i obrotność, nie należy również bać się zagadywać do wydawców na targach książki i festiwalach. Dobrym pomysłem jest też wyszukiwać dostępne źródła dofinansowania, okazje do wydania książki, rocznice, i podsuwać takie rzeczy wydawcy.

Wszystkie rozmówczynie podkreślały też, że ewentualne odrzucenie próbki tłumaczenia nie jest tragedią i nie należy się nim załamywać. Pierwsze próby często bywają nieudane, każdy z nas ma na koncie słabsze teksty, tłumaczenia, redakcje – mówiła Małgorzata Szczurek. Można natomiast wykorzystać tę sytuację, by się czegoś nauczyć. Magdalena Matuszewska potwierdziła, że „odrzucony” tłumacz może oczywiście poprosić o uzasadnienie, aby dowiedzieć się, co zrobił źle i co powinien w przyszłości poprawić. Jak podsumowała pani prowadząca – to jak u lekarza: na początku trochę boli, ale potem będzie lepiej.

Co robić, a czego nie?

Bardziej ciekawiło mnie to, co dzieje się już po rozpoczęciu współpracy, ale tu z kolei konkretów było niewiele. Przedstawicielki wydawnictw mówiły m.in. o tym, jakie praktyki ze strony tłumacza są mile widziane, a jakie nie. Dobrze jest pokazać swoje zaangażowanie, zwracać się o pomoc w dostępie do publikacji, które pomogą lepiej zrozumieć tłumaczoną książkę, a także kontaktować się z wydawcą na każdym etapie tłumaczenia w wypadku ewentualnych problemów – wszystkie rozmówczynie podkreśliły, że kontakt w trakcie prac nad przekładem jest BARDZO mile widziany. Dodatkowo duże wydawnictwa opłacają konsultacje ekspertów, dlatego w razie problemów związanych np. ze specjalistyczną terminologią można uzyskać fachowe wsparcie.

O samej pracy nad tekstem nie powiedziano za wiele. Pod koniec prowadząca dociekała tylko, czy tłumacz może prosić o pomoc z tłumaczeniem konkretnych słów, określeń i zdań (w praktyce raczej się to nie zdarza, ale czasem dokonuje się ustaleń dotyczących np. konkretnej terminologii używanej w książce) i czy zdaniem rozmówczyń przypis jest porażką tłumacza (wszystkie odparły, że nie, i że podchodzą raczej luźno do tego typu „przykazań tłumacza”).

Czytać, czytać, czytać!

Pytań od publiczności było całe mnóstwo. Pytano m.in. jak często właściwie zdarza się, że wydawnictwo zleca przekład z popularnego języka typu angielski początkującemu tłumaczowi (Magdalena Matuszewska trochę rozwiała złudzenia – w W.A.B. jest to jeden przypadek na sto), czy dochodzi czasem do sytuacji, że z powodu zmian planu wydawniczego gotowy przekład nie zostaje opublikowany (bardzo, bardzo rzadko – ale tak czy siak wydawnictwo musi w takim wypadku zapłacić) i jak rozwiązywane są sytuacje sporne, kiedy wydawca nalega na zmiany w tekście, a tłumacz nie chce się na to zgodzić (i tu nastąpiła urocza rozbieżność zdań; pani Matuszewska stwierdziła, że jeśli do porozumienia nie dojdzie, ostatnie słowo należy do tłumacza, pani Małecka zaś – że „perswadujemy do skutku”).

Ciekawe było też pytanie, co powinien zrobić początkujący tłumacz w sytuacji gdy wydawnictwo proponuje mu przełożenie książki, którą ten nie do końca „czuje”. Kwestia „czucia” konkretnego dzieła pojawiała się już wcześniej w dyskusji kilkakrotnie i za każdym razem rozmówczynie podkreślały, że jest ono konieczne, by przekład był dobry. Tym razem również skłaniały się ku temu, że w ramach uczciwości artystycznej tłumacz powinien odmówić – ale nie padło magiczne i wyczekiwane zapewnienie, że po tej uczciwej odmowie może on jeszcze w przyszłości liczyć na kolejną propozycję od wydawnictwa.

Urzekły mnie za to odpowiedzi na pytanie zadane przez panią Magdę Heydel: „Jak się kształcić jako tłumacz?”, i myślę, że będą one ładnym podsumowaniem całej mojej relacji. Mieć dużo pokory – i świadomość, że przez całe życie się uczymy. Być otwartym na ewentualne uwagi. Pamiętać o kontekście – a więc i pogłębiać wiedzę ogólną o świecie. Oraz czytać, czytać, czytać (przede wszystkim w języku, na który tłumaczymy, dla jego specyficznej melodii), słuchać i rozmawiać – by opanować wszystkie możliwe odcienie języka. 

Brzmi jak bardzo trudna, ale i piękna praca, co?

wtorek, 2 stycznia 2018

Intensywnie! Podsumowanie roku 2017


Tak jak ubiegłoroczne podsumowanie zaczęłam od słów „Czytelniczo to był bardzo słaby rok”, tak w tym roku mogę napisać, ze sporą dumą i zadowoleniem, że było dużo lepiej. Wręcz, biorąc pod uwagę moje możliwości i tempo czytania, rewelacyjnie – przeczytałam 68 książek plus dwie do recenzji wewnętrznej dla wydawnictwa, co w sumie daje magiczną liczbę 70.

W dodatku w tym roku dużo więcej czytałam po czesku. Dwie książki obcojęzyczne przeczytałam równolegle z ich polskim przekładem – Doktora Jekylla i pana Hyde’a Roberta Louisa Stevensona oraz Plastikowe M3 Petry Hůlovej. Tak sobie myślę, że mógłby się tutaj z tego wykluć nowy cykl, taki, w ramach którego, oczywiście bardzo skrótowo i po amatorsku, analizuję przekłady różnych książek. Skupiłabym się rzecz jasna na czeskim. Zobaczymy jednak, czy znajdę na to czas. Bylibyście w ogóle takiego cyklu ciekawi?

Teraz jednak – do rzeczy! Czas na małe zestawienie książek, które zrobiły na mnie w minionym roku największe wrażenie. Na początek kilka słów o tym, jakiej narodowości autorów najchętniej czytałam.

Odrobina geografii

Literatura czeska – 28 pozycji
Literatura polska – 15 pozycji
Literatura amerykańska – 7 pozycji
Literatura francuska – 5 pozycji
Literatura brytyjska – 3 pozycje
Literatura rosyjska – 2 pozycje
Literatura słoweńska – 2 pozycje
Literatura kanadyjska – 1 pozycja
Literatura włoska – 1 pozycja
Literatura austriacka – 1 pozycja
Literatura irlandzka – 1 pozycja
Literatura serbska – 1 pozycja
Literatura niemiecka – 1 pozycja (ale tu byłam w kłopocie, bo chodzi o Kafkę, a trudno go tak po prostu wrzucić do worka z literaturą niemiecką, prawda?)

Oczywiście żadną niespodzianką nie jest dominacja Czechów, zaskoczyły mnie za to dwie rzeczy. Z jednej strony – tak duża liczba pozycji polskich (w poprzednich latach było ich mniej), z drugiej – tak mała liczba amerykańskich (w poprzednich latach wyraźnie więcej). Ale to raczej przypadek niż jakaś nowa tendencja.

Chciałabym, żeby ta lista w przyszłości była trochę bardziej narodowościowo zróżnicowana. Będzie to jednak plan trudny do zrealizowania, bo nie ukrywam, że literaturę czeską traktuję priorytetowo, zawsze czytam ją w pierwszej kolejności i staram się być na bieżąco ze wszystkimi nowymi tytułami, a ponieważ wydaje jej się dziś u nas bardzo, bardzo dużo – po prostu na literaturę innych krajów zwykle brakuje mi czasu.

5+1 najlepszych książek roku 2017

Na ogół najlepsze tytuły minionego roku wyłaniają mi się w sposób dosyć naturalny, tym razem jednak tak nie było. Po dłuższym głowieniu się wybrałam pięć (plus jeden) książek, które zrobiły na mnie największe wrażenie.


Godziny – Michael Cunnigham 
Pozostaje dla mnie niepojętym, jak Cunnigham, mężczyzna, potrafił tak głęboko wniknąć w najgłębsze uczucia, obawy i pragnienia kobiece. I jak wspaniale oddał to rozdarcie między pragnieniem bycia wdzięczną, kochaną, docenianą, między życiem „jak trzeba”, a chęcią bycia sobą i urządzania życia po swojemu. Bardzo ważna dla mnie książka.

On – Zośka Papużanka 
O Onym pisałam już w swoim zestawieniu siedmiu ważnych książek na siedem lat blogowania – sam fakt, że powieść Papużanki znalazła się na tej liście, mówi sam za siebie. Piękna, „płynąca” wręcz, bardzo empatyczna proza.

Narodziny dnia – Colette 
Książka pełna barw, zapachów i dźwięków. Malownicza, nostalgiczna, lekko zrezygnowana jak schyłek lata. To też wspaniały obraz końca pewnego etapu w życiu i przygotowywania się na starość. Wyciszania się, godzenia się z nieubłaganym upływem czasu, choć nie bez nutki żalu.

Sceny z życia prywatnego i publicznego zwierząt – praca zbiorowa 
Odświeżona wersja bajek dla dorosłych spisanych przez XIX-wiecznych francuskich mistrzów pióra, którzy za historiami ze świata zwierząt skryli poważne morały i błyskotliwe obserwacje na temat świata ludzi. Bawi, wzrusza i skłania do refleksji! Wspaniale wydana publikacja małego krakowskiego wydawnictwa.

Nad piękną, modrą Dřevnicą – Antonín Bajaja 
Opowieść o dzieciństwie i dorastaniu w Gottwaldowie, czyli komunistycznym Zlínie. Na przekór niewesołym czasom – ciepła, barwna, pełna dziecięcego entuzjazmu, humoru i wzruszeń. Pokazująca, że dziecięcy świat zawsze jest trochę magiczny, niezależnie od miejsca i czasów. Oprócz recenzji przygotowałam również jej zapowiedź z fragmentami wywiadu z autorem.

A dodatkowo: Miłość to piekielny pies – Charles Bukowski 
Jeden z najsłynniejszych zbiorów poezji Bukowskiego, wznowiony w minionym roku przez Noir Sur Blanc. Na doczepkę, bo Buk jest dla mnie trochę poza kategorią, a bardzo chciałam, żeby się w tym zestawieniu znalazł (nie tylko po to, by nie przerywać passy – przez ostatnie cztery lata w każdym rocznym podsumowaniu na liście najlepszych pojawiała się jakaś jego książka ;). Dla mnie była to kolejna podróż do świata niesamowitej wrażliwości Bukowskiego. Naprawdę, jeśli chcecie wiedzieć, kim był naprawdę, czytajcie jego wiersze!


Poza tym… klasyka!

Również klasyka jest dla mnie trochę poza kategorią, na wyższej półce, dlatego osobno postanowiłam napisać o wszystkich dziełach z literackiego kanonu, jakie udało mi się w minionym roku przeczytać. Jest ich dużo mniej, niż bym chciała, ale cieszę się, że mimo wszystko udaje mi się je wcisnąć gdzieś między nowości.


Oczywiście w dużej mierze to zasługa Nabokoviady, której pierwsza odsłona w tym roku dobiegła końca (ale bez obaw, w drodze jest kolejna – w końcu są również Wykłady o literaturze rosyjskiej Nabokova :). W ramach niej przeczytałam Dziwny przypadek doktora Jekylla i pana Hyde’a Roberta Louisa Stevensona oraz, wreszcie, Przemianę Franza Kafki (tak, to prawda – nigdy wcześniej jej nie czytałam!) a także odświeżyłam sobie W stronę Swanna, czyli pierwszy tom cyklu W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta oraz Ulissesa Jamesa Joyce’a. Proust nadal zachwyca, natomiast Joyce zachwyca trochę mniej niż za pierwszym razem, ale utrzymuję, że fragmenty jego dzieła są absolutnie genialne, i warto spróbować się z nim jednak zmierzyć.

Prócz tego, dzięki akcji „Czytamy klasykę” dziewczyn z blogów Parapet Literacki, Ekruda, Skrytka na kulturę i Pani Bookowska, przeczytałam również Idiotę Dostojewskiego – i bardzo mi się podobało, choć to nie była łatwa lektura. Poza tym dziewczyny czytały również Panią Bovary Flauberta (którą omawiałyśmy już z Pyzą w ramach Nabokoviady w zeszłym roku), Wielkie nadzieje Dickensa oraz Krystynę, córkę Lavransa Sigrid Undset, ale latem i jesienią miałam zbyt wiele pracy, by dołączyć. Chętnie nadrobię w przyszłości.

Muszę powiedzieć, że podobne akcje czytelnicze cudownie motywują do zapoznawania się z literacką klasyką – jeśli robi się to z kimś, nie wypada się poddać i odłożyć książki, nawet jeśli brnie się przez nią z trudem. A na koniec ZAWSZE jest satysfakcja, nawet jeśli lektura nas wymęczyła. Dlatego cieszę się, że podobne inicjatywy powstają.

Już poza inicjatywami – ale za to dzięki silnym rekomendacjom internetowych znajomych – udało mi się natomiast przeczytać Marsz Radetzky’ego Josepha Rotha. I ogromnie się z tego cieszę. Książka, która w piękny i bardzo nastrojowy sposób opisuje bezpowrotne odchodzenie pewnej epoki.

Wyróżnienia

Tych pięciu (plus jeden) miejsc dla najlepszych książek minionego roku jest mi jednak zdecydowanie mało, dlatego dorzucam pięć czeskich wyróżnień.


Dla Pod śniegiem Petry Soukupovej – za piękną śnieżną metaforę, za odmalowane z wyczuciem ciche rodzinne dramaty, za „pisanie z głębi trzewi, bolesne i prawdziwe”.

Dla Młynu do mumii Petra Stančíka – za kryminalną historię z XIX-wiecznej Pragi, parodiującą wszystkie oklepane chwyty literatury klasy B i obficie podlaną potrawką z jeża, piwa i spermy (i jest pysznie, choć może nie brzmi!).

Dla Zaginionego Egona Hostovskiego – bo bardzo lubię powieści o XX-wiecznej historii Czech, a ta w naprawdę zajmujący sposób opisuje „zwycięski luty” roku 1948.

Dla Przyczynku do historii radości Radki Denemarkovej – bo opowiada o wstrząsających rzeczach, o których wciąż mówi się zbyt rzadko, i naprawdę robi to tak, że „rozłupuje zamarznięte morze wewnątrz nas”. Ściśnięte gardło i dużo łez.

Dla Palinki Matěja Hořavy za piękną frazę, chwilę zadumy i powroty do własnych wspomnień. Za zapachy i smaki Banatu, za całą tę „poezję sadzy, brudu, potu i kresu”.

I jeszcze trzy książki z Polski

Chciałabym jeszcze wspomnieć o trzech przeczytanych w tym roku pozycjach biograficzno-wspomnieniowych, które mocno zapadły mi w pamięć.


Pierwsza to Najlepiej w życiu ma twój kot, czyli zbiór listów Wisławy Szymborskiej i Kornela Filipowicza, o którym to zbiorze, przeczytanym na przełomie roku 2016 i 2017, wspominałam już w zeszłorocznym podsumowaniu. Te listy, dowcipne, błyskotliwe, są same w sobie pierwszej klasy literaturą!

Druga – Irena Tuwim. Nie umarłam z miłości Anny Augustyniak – wyciągnęła dla mnie z cienia siostrę wielkiego brata i pokazała ją jako nietuzinkową, bardzo nieszczęśliwą postać.

Trzecia wreszcie to głośna Wanda Anny Kamińskiej, dzięki której poznałam prawdziwe oblicze nieustraszonej Wandy Rutkiewicz. I wzruszył mnie ten obraz do łez!

Co się wydarzyło w 2017?


Zdecydowanie najważniejszym dla mnie wydarzeniem w tym roku była wygrana w konkursie im. Susanny Roth dla młodych tłumaczy z języka czeskiego. Wiem, że mój przekład nie powalił jurorów na kolana, ale mimo wszystko zwycięstwo to zwycięstwo i uwierzyłam dzięki niemu, że będę kiedyś tłumaczką. A może nawet całkiem niedługo.

Z okazji wygranej pojechałam do Czech i spędziłam tydzień w towarzystwie laureatek konkursu z innych krajów (nawet z Japonii i Korei Południowej!). Wzięłam udział w warsztatach tłumaczeniowych w Pradze (świetnych!) oraz seminarium bohemistycznym w Czeskich Budziejowicach (z którego przywiozłam m.in. taki tekst).

Prócz tego w minionym roku do współpracy zaprosiło mnie czasopismo „Inter”, dla którego napisałam dwa teksty – jeden o wspomnianym Młynie do mumii, drugi o Przyczynku do historii radości. Pod koniec roku zaś dostałam jeszcze jedną miłą propozycję – poprowadzenia spotkania z Markiem Šindelką na Uniwersytecie Jagiellońskim. Oczywiście był to ogromny stres, ale pierwsze koty za płoty, a prowadzenie rozmowy z takim autorem, który rozgaduje się na praktycznie każdy temat, okazało się niezbyt trudne!

Od października niestety trochę się miotam, próbując ze sobą pogodzić wszystkie swoje zajęcia, okazało się bowiem, że aby dostać się na upragnione studia doktoranckie, muszę jeszcze zdobyć dyplom magistra bohemistyki. Zdobywam go więc w bólach, pracując na ¾ etatu, dojeżdżając na zajęcia z Rzeszowa i usiłując zrobić dwa lata studiów w jeden. Na wszystkie te literackie rzeczy, które kocham robić, musi mi jednak wystarczyć czasu, i basta!

Festiwale, wydarzenia, spotkania


W marcu wzięłam udział w wydarzeniu „Hrabal na Elektoralnej / 49 lat później” w Warszawie, zorganizowanym w 49. rocznicę jedynego spotkania autorskiego Bohumila Hrabala w Polsce. To był bardzo ciekawy wieczór, szczegółowa relacja tutaj.

Tradycyjnie też odwiedziłam swoje ulubione literackie festiwale – Big Booka oraz Conrad Festival. Prawdę mówiąc z roku na rok jestem coraz bardziej krytyczna, jeśli chodzi o festiwalowe wydarzenia, ale mimo to wciąż znajduję dla siebie na festiwalach wiele ciekawych rzeczy. Nie zamierzam więc z nich rezygnować, ale ponieważ sił też z każdym rokiem coraz mniej, zmieniam podejście – nie będę już chodzić na wszystko jak leci, wybiorę tylko kilka wydarzeń, na których najbardziej mi zależy, ale dobrze się do nich przygotuję, czytając książki zaproszonego autora i wywiady z nim. Moją relację z tegorocznego Big Book Festival przeczytacie tutaj, a z Festiwalu Conrada – tu, tu i tu.

Na oku mam również stale inne festiwale – wrocławski Międzynarodowy Festiwal Opowiadania, Miesiąc Spotkań Autorskich, Bruno Schulz Festival, Literacki Sopot czy mniejsze, powstałe niedawno, jak organizowany przez Olgę Tokarczuk Festiwal Góry Literatury czy Miedzianka Fest. Najchętniej jeździłabym na wszystkie, ale oczywiście wiele zależy od tego, na ile pozwolą mi praca i studia. Nie oszukujmy się – jeżdżenie na różne literackie wydarzenia jest cudowne, ale bardzo męczące, zwłaszcza jeśli mieszka się w mieście, z którego wszędzie jest daleko.

Sił za to starczyło jeszcze na uczestnictwo w Literackiej Stolicy, czyli listopadowym warszawskim spotkaniu blogerów książkowych zorganizowanym przez Olę z Parapetu Literackiego, Klaudię z Z książką do łóżka oraz Maję z Zaczytana do samego rana. Wydarzenie, choć bardzo sympatyczne, wprawiło mnie jednak w pewne zakłopotanie i skłoniło do refleksji na temat blogowania – więcej w relacji. Reakcje na ten wpis przekonały mnie, że jest wiele osób, które tak jak ja nie do końca umieją się odnaleźć w dzisiejszej książkowej blogosferze, choć chciałyby.

A co na Literackich Skarbach?

Również na blogu sporo się działo! Jak już wspomniałam, razem z Pyzą Wędrowniczką zakończyłyśmy pierwszą odsłonę Nabokoviady. Pyzo, dziękuję za wspaniałe towarzystwo! W tym roku do czytania arcydzieł literatury z listy Nabokova przyłączyli się też inni zaangażowani czytelnicy, m.in. Olga z Wielkiego Buka, Karo z Niekoniecznie Papierowe, Zacofany w lekturze, Piotr z Literatura sautée oraz Lolanta.

Poza tym ruszyłam z dwoma nowymi cyklami. W pierwszym, „Czeskie skarby pod specjalnym nadzorem”, będę zbiorczo prezentować nadchodzące premiery polskich przekładów czeskich książek, a także informacje o czeskich wydarzeniach i akcjach w Polsce. Pierwszy odcinek opublikowałam w październiku, następny planuję na wiosnę.

Drugi cykl natomiast, i tu się czerwienię, ruszył z pompą, ale na razie leży i kwiczy. Chodzi o „Polskie perełki na dnie”, czyli recenzje książek polskich, mniej znanych autorów, wydawanych niewielkim nakładem w niszowych wydawnictwach. Optymistycznie wystartowałam z nim w lipcu, tekstem o Cieniu jabłoni Wojciecha Szlęzaka, ale niedługo potem zwaliło się na mnie mnóstwo obowiązków związanych ze studiami i priorytetowi Czesi trochę zepchnęli cykl na dalszy plan. Na pewno jednak z niego nie zrezygnuję, mam około dwudziestu książek, o których chcę Wam opowiedzieć i zrobię to, prędzej czy później! ;)

Wreszcie – patronaty. W drugiej połowie roku patronowałam trzem czeskim tytułom: 
Pomyślałam, że mogę w ten sposób jeszcze trochę się przyczynić do promowania czeskiej literatury w Polsce (ale i, no dobra, zareklamować też trochę samą siebie). W ramach patronowania robię użytek ze swojej znajomości czeskiego i publikuję różne ciekawostki związane z książką oraz fragmenty wywiadów z czeskich stron – takie rzeczy, których sama szukam, kiedy książka mnie zainteresuje lub przygotowując recenzje. Prawdę mówiąc marzy mi się w przyszłości przeprowadzanie samej takich krótkich wywiadów, ale na razie nie ma na to szans. Pomysł do zrealizowania, kiedy będę mieć trochę więcej wolnego czasu.

Mam jeszcze wiele innych pomysłów. Naprawdę, głowa mi wręcz od nich pęka. Marzą mi się różne projekty we współpracy z Czechami, ale dopóki Literackie Skarby nie są dla mnie w żaden sposób źródłem utrzymania, a ja miotam się między studiami, pracą, tłumaczeniami i blogiem, nie będę miała na nie czasu i siły. Jestem jednak dobrej myśli – w końcu całe to miotanie się jest właśnie po to, by w przyszłości może choć częściowo utrzymywać się z literatury, badania jej, tłumaczenia jej, pisania o niej, może więc znajdę kiedyś sposób, by poświęcić Literackim Skarbom tyle czasu, ile bym chciała.

Postanowień na rok 2018 nie mam, bo wiem, że będzie bardzo pracowity i trudno przewidzieć, na ile mi czas pozwoli. Mam za to życzenia dla Was:

Pięknego, zaczytanego roku oraz siły i zapału do robienia tego, co najbardziej kochacie!

niedziela, 24 grudnia 2017

Čapek o tym, co w Świętach najważniejsze

„Dziwię ci się – krzyczała pani Dinah. – Gdyby to byli porządni ludzie, to poszliby do wójta, a nie tak po żebrach. Dlaczego ich sobie nie wzięli do domu na przykład Szymonowie? Dlaczego ich mamy przyjmować właśnie my? Cóż to, czyż jesteśmy czymś gorszym od Szymonów? Ja wiem, żona Szymona nie wpuściłaby takiej hołoty do domu! (…) Jak gdyby w całym Betlejem tylko u nas była stajenka! Dlaczego im Szymonowie nie dali ani ociupinki słomy?”.
Karel Čapek, Święta noc [w:] Księga apokryfów, wyd. vis-à-vis/Etiuda, Kraków 2009, s. 51.

Zeszłorocznym Świętom na Literackich Skarbach patronował, bardzo klasycznie, Dickens, tym dwa lata temu – Bukowski. W tym roku proponuję Wam Karla Čapka. Wróciłam niedawno do tego opowiadania, polecając Księgę apokryfów u Oli z Parapetu Literackiego jako idealny świąteczny prezent. I, nie po raz pierwszy przy lekturze Čapka, zatrwożyłam się, jak bardzo jest i dziś aktualne.

Życzę Wam więc z okazji Bożego Narodzenia, by to było święto miłości. Bo tym właśnie być powinno, i niech nam to nie zniknie pod warstwą pierniczków, świątecznych ozdób i prezentów, niech nie zginie gdzieś w świątecznym rozgardiaszu. By pusty talerz przy naszym stole nie był tylko tradycją, ale by był gotowy na przyjęcie zbłąkanego wędrowca. (I bardzo na miejscu jest pisać o tym na blogu o książkach – bo w końcu literatura jak nic innego uczy empatii).

W Świętej nocy Čapka miłość do ludzi jednak triumfuje. Jest silniejsza niż strach, niż nieufność, niż własna wygoda. Oby tak było zawsze, także w życiu. Pięknych Świąt!

piątek, 22 grudnia 2017

Winnetou skończył w fabryce – „Uczniowie Cobaina”, Miroslav Pech

Książka Miroslava Pecha zaskakuje. Bo za tym, co na pierwszym planie, za tą muzyczną, hałaśliwą, buntowniczą otoczką, za tymi pozornie błahymi imprezowymi i knajpianymi historyjkami, za hektolitrami taniego wina i setkami wypalonych skrętów kryje się jednak coś więcej. Coś mocno wzruszającego – dorastający chłopiec, który musi skonfrontować dziecięce fantazje z rzeczywistością. I nie do końca sobie z tym radzi.

Do Uczniów Cobaina podchodziłam bez wielkich oczekiwań. Nie spodziewałam się, że mnie ta książka specjalnie zaangażuje – za Cobainem nigdy nie szalałam, buntowniczej młodości nie przechodziłam, imprezowych historyjek już w życiu trochę słyszałam, a w zasadzie wszystkie są do siebie podobne. A mimo to zaangażowała. Jak? Już piszę!

Naleśnikowy superbohater

Choć w książce objętościowo zdecydowanie dominuje część Uczniowie Cobaina, w której autor opisuje nastoletnie alkoholowo-narkotykowo-muzyczne popisy bohatera, nie bez przyczyny powieść otwierają dwa krótsze rozdziały. W pierwszym z nich bohater ma 6 lat, w drugim jest uczniem podstawówki.

Już na wstępie poznajemy bohatera/narratora jako wrażliwego, inteligentnego i spostrzegawczego chłopca o bujnej (i może tylko trochę makabrycznej) wyobraźni. Czyta, ogląda kreskówki, wyobraża sobie, że po naleśnikach babci zyskuje nadludzką moc, udaje, że jest Brucem Lee, kopie wszystko, „przede wszystkim krzesło i brata”. Do tych dziecięcych fantazji, do tej wiary w to, że jadąc na rowerze zmienia się w Indianina pędzącego na koniu przez prerie, wraca później u progu dorosłości z dużą nostalgią.

W podstawówce przeżywa okres fascynacji Johnem Lennonem, ubiera się i zachowuje jak on, dzięki czemu zyskuje opinię oryginała i indywidualisty. Czujnie też obserwuje i komentuje to, co widzi na co dzień. W tych migawkach dostajemy pewne informacje na temat jego rodziny. Niby szczęśliwe, zgodne stadło, rodzice, siostra i brat, mama rzuciła pracę księgowej, by prowadzić sklep zoologiczny, i realizuje się w zawodzie, ale już tata robi w fabryce na trzy zmiany i „kiedy ma iść na nockę, trudno się z nim dogadać”. To wtedy chłopiec postanawia sobie, że zrobi wszystko, byle tylko gdy dorośnie nie tyrać w fabryce i nie stawać się nie do zniesienia dla innych. Do tego postanowienia nawiązuje w ostatniej części książki, Sepleniący chłopcy pracują w fabryce.

Podobne fragmenty robią wrażenie – przypomina mi się tu pewien odcinek Cudownych lat, oglądany całkiem niedawno, kiedy ojciec zabiera Kevina do biura i chłopiec uświadamia sobie, dlaczego tata codziennie wraca do domu tak zdenerwowany i dlaczego na wszystkich krzyczy. Gorzka lekcja dorosłości. Smutno zrobiło mi się po tym odcinku, i podobnie poczułam się po lekturze powieści Pecha.

Iggy Pop słucha się mamy

Zatrzymując się jeszcze przy stosunkach rodzinnych. W zasadzie w całej książce autor nie pisze o nich za wiele. Mama sprawia wrażenie bardzo liberalnej – gdy po nocnych szaleństwach u bohatera nocują trzej zjarani kumple, ona rano wchodzi do pokoju z papugą na ramieniu i proponuje kawę. Ojciec od czasu do czasu wkracza jako autorytet i głowa rodziny. I niby wszystko jest w porządku, ale pojawiają się pewne niepokojące obrazki – jak scenka z rodzicami stojącymi w środku nocy w ciemnej sypialni, daleko od siebie, i wyglądających przez okno, czy list z przesłaniem „Kochajcie się”, który zostawia im bohater, uciekając z domu.

Nie ma jednak wątpliwości, że więzi między członkami rodziny są silne. Narrator wspomina też o relacji z bratem i siostrą. Brat jest tym, który go ratuje – czy chodzi o wsparcie po zjedzeniu zbyt dużej ilości grzybków halucynogennych czy o wyciągnięcie z morza, kiedy grunt umyka spod stóp. Wszystkie te dobre wspomnienia wracają po tym jak bohater widzi swojego starszego brata jako szeregowca w wojsku i jest przerażony tym, że nie może go znaleźć w tłumie żołnierzy, nie potrafi odróżnić go od innych. W domu przegląda szuflady i znajduje stare zdjęcia, przypomina sobie wakacje i wyjazdy spędzone z rodzeństwem na beztroskiej zabawie – ostatecznie cały rozdział Szeregowiec, bardzo wzruszający, okazuje się jednym wielkim miłosnym wyznaniem.

Co jeszcze wzrusza w książce Pecha? Na przykład bolesna konfrontacja dziecięcych fantazji z rzeczywistością. I nie chodzi tylko o to, że trawa nie jest już taka zielona, a światło takie jasne, że rower nie jest mustangiem, czeskie łąki nie są prerią, a bohater nie jest ani Winnetou ani Clintem Eastwoodem w Za garść dolarów, podobnie jak nie jest gwiazdą rocka i nigdy nią nie będzie. Chodzi też o to, że ten dawny naleśnikowy bohater o nadludzkich mocach, dawny Bruce Lee i Jean-Claude Van Damme nie potrafi obronić kolegi, kiedy typ spod ciemnej gwiazdy spuszcza mu łomot. Mimo że to on, nasz narrator, sprowokował całe zajście, teraz leży z rowerem w krzakach i nie wstaje wcale nie dlatego, że się zaplątał – ale dlatego, że się boi. „Nie jestem żadnym bohaterem bez lęku i skazy”.

Autor na czytaniu autorskim
w kawiarni Litera Krumlov, 2016 r.
Te słabości, podobnie jak wiele innych rzeczy, sprawiają oczywiście, że czujemy do niego sympatię. W gruncie rzeczy mimo wszystkich jego wybryków to niesamowicie poczciwa postać. Nawet ten jego głośny bunt jest odrobinę rozczulający. Wygląda spektakularnie, momentami nawet przerażająco – ile z tych historii mogło się skończyć dużo gorzej, niż się skończyło! – ale w gruncie rzeczy jest jak w tej scenie, kiedy narrator pręży się przed lustrem, udając, że jest Iggym Popem, ale gdy mama woła go na obiad, potulnie wyłącza muzykę i schodzi. Albo jak w tej, gdy „ucieka z domu” – spędza kilka dni w domku na działce u kolegi, ale gdy robi mu się zbyt zimno i straszno, w milczeniu wraca do rodziców.

Bukowski spotyka Rudiša

To zagubienie bohatera widać też zresztą we fragmentach, kiedy widzimy go w otoczeniu szkolnym. W swojej stałej paczce, wśród osiedlowych kumpli, jest odważny i czuje się dobrze, ale już w szkole, zdominowanej przez agresywne przedstawicielki płci pięknej, zachowuje się bardziej jak zaszczute zwierzę. Chowa się za długą grzywką, przemyka pod ścianami – ale i to mu nie pomaga. Pewnego razu grupka chłopaków wpycha do damskiej toalety i przytrzymuje drzwi. I choć to zagrywka wręcz przedszkolna i tak naprawdę nic złego mu się nie stało, jako chłopak wrażliwy mocno przeżywa to upokorzenie. W innej scenie autor pokazuje jednego z jego kolegów, postrzeganego za gruboskórnego, jak płacze, gdy jest wyśmiewany. Te momenty, w których w prozie Pecha pojawia się coś w rodzaju szorstkiej empatii, przypominały mi trochę Z szynką raz! Bukowskiego.

A skoro już mówimy o literackich skojarzeniach (pomijając te bardzo luźne, jak wspominany przez narratora Kerouac czy nasz polski Mirek Nahacz – i nie tylko dlatego, że grzybki), w jakiś sposób łączy mi się ta książka z Końcem punku w Helsinkach Jaroslava Rudiša. Nie tylko z powodu żółtych okładek. Może ze względu na wątki buntowniczej młodości z muzyką w tle, a może właśnie ze względu na to dorosłe rozczarowanie rzeczywistością, które przeżywają bohaterowie obydwu książek.

W Uczniach Cobaina widać to przede wszystkim we wspomnianej ostatniej części książki, Sepleniący chłopcy pracują w fabryce. Autor/narrator pisze w niej o swoim życiu „kilka lat później”, kiedy mieszka w wielkim mieście, dzieli życie z Narzeczoną i… pracuje w fabryce, przeznaczeniu nie uciekł. Pisze tu o rzeczach bardzo osobistych, jak śmierć babci (tej od naleśników superbohatera), ale też o tym, jak odłożył na bok marzenia o byciu gwiazdą rocka, pogodził się z szarą rzeczywistością i przeprowadził do wielkiego miasta, za pracą. Czuć jednak, że nie jest do końca pogodzony – tęskni za przyjaciółmi od octówek i grzybków, za marzeniami o kapeli i karierze muzycznej. W wielkim mieście ostentacyjnie się odcina.
„W dużym mieście nie znam nikogo. A jeśli już, to są to znajomości na jeden pijacki wieczór. Wymieniamy numery i nigdy do siebie nie dzwonimy (…). Kiedyś byłem otoczony ludźmi. Z każdym miałem o czym pogadać. Dziś gdzie nie pójdę – jestem sam. Ale wali mnie to. Stworzyłem sobie typ osobowości, który mi odpowiada. Zacząłem nawet nosić kapcie i dresy. Zostałem młodym seniorem” (s. 188).
Ja to bagno, ona to słońce

A miłość? No tak, jest, i to jeden z najjaśniejszych, jeśli nie najjaśniejszy, punkt tego życia „po latach”. Zresztą Narzeczona już w szalonych czasach nastoletnich jest tym jasnym punktem, bezpieczną wysepką na ciemnym morzu ustawicznego zamroczenia, skrętów i taniego wina. Ładnie, choć prosto, mówi o tym narrator: „Przeraża mnie wizja, że Narzeczona mogłaby być taka jak ja (…). Ja to bagno, ona to słońce. Nie mogę wciągać jej na to swoje śmietnisko” (s. 158). Taktownie pisze również o intymnych zbliżeniach. I to jeszcze jedna pozytywna niespodzianka, jeśli chodzi o tę książkę – że narrator/autor, choć tak otwarcie opisuje różne imprezowe rewolucje fizjologiczne, oszczędza czytelnikowi niesmacznych szczegółów swoich pierwszych doświadczeń seksualnych. Ale to już pewnie też kwestia nieśmiałości – jak przyznaje Pech w wywiadzie dla Szuflady, „chyba zapadłby się ze wstydu pod ziemię, jeśli na głowie wylądowałyby mu czyjeś majtki” :).

Ogarniam teraz wzrokiem swoją recenzję, która tak straszliwie się rozrosła, i zauważam, że bardzo poważnie podeszłam do sprawy. A przecież w tej książce tyle jest też humoru! Cóż, musicie uwierzyć na słowo – śmiechu jest tu na równi ze smutkiem, a może i więcej. Idealne wyważenie. Można więc czytać Uczniów Cobaina jak ja, grzebiąc się w tym, co smutne i refleksyjne, lub bez poważnych rozkmin, jako zapis młodzieńczych perypetii pewnych entuzjastów Nirvany i alkoholowo-narkotycznego odlotu. Wszystko zależy od Was! I tak, i tak będzie dobrze. Bo to po prostu dobra książka jest.

***
M. Pech, Uczniowie Cobaina, przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2017.

Ilustracje:
[1] motyw z okładki polskiego wydania książki, wyd. Stara Szkoła,
[2] Jiří Březina / Wikimedia Commons,
[3] zdjęcie własne.

środa, 20 grudnia 2017

Wstręt, odraza, prowokacja. Czeska zapowiedź: Petra Hůlová, „Macocha”

W Polsce swoją premierę ma dziś Macocha Petry Hůlovej – książka na tle całej twórczości pisarki w pewien sposób niezwykła i przełomowa. Po raz pierwszy bowiem, jak sama przyznaje, autorka sięgnęła do swojego własnego życia i napisała rzecz bardzo autobiograficzną.

Dotychczas unikała osobistego pisania. Jeśli nawet wplatała do swoich książek wątki z własnego życia, robiła to w sposób tak mocno stylizowany, że zaciemniała wszystkie powiązania. Swoje postaci lepiła z własnych doświadczeń oraz z tego, co zasłyszane i zaobserwowane. Dotyczy to zarówno jej głośnego debiutu, Czasu Czerwonych Gór, jak i wydanej również w Polsce Stacji Tajgi czy Plastikowego M3, opowieści z życia praskiej prostytutki.

W pewnym momencie jednak poczuła, że ma już dość empatycznego wchodzenia w cudzą skórę, tworzenia kolejnej historii z perspektywy kogoś, z kim tak niewiele ją łączy. Stwierdziła, że aby zrobić twórczy krok do przodu, musi wrócić do samej siebie, obnażyć się. Postanowiła jednak zrobić to w sposób lekko szyderczy, zarówno względem siebie jak i względem czytelnika. Tak powstała Macocha.

Bohaterka jest potworem

Narratorka utworu to pisarka, autorka poczytnych romansideł, alkoholiczka, która w powieści, będącej w zasadzie wielkim monologiem, opowiada o swoich dzieciach, małżeństwie, swoim pisaniu i swoich demonach. Hůlová stwierdza otwarcie, że jej bohaterka to do pewnego stopnia potwór – egoistyczny i na swój sposób bezduszny.
„Wybaczcie szczerość, ale przy myciu szyb w przeszklonym kredensie (psiukam trochę płynu i rozprowadzam go starą gazetą) moje myśli, zupełnie jak podczas pisania, wędrują ku istocie rzeczy: czy opinia złej matki wpłynęłaby na sprzedaż moich książek? Pewnie tak, i to pozytywnie, bo produkty, które mają jakąś pikantną historię (istnieją kobiety szpikujące swoje teksty trupami członków rodziny), schodzą lepiej niż te, które jej nie mają, a to się nazywa doping i jest bardzo nieetyczne, bo działa”.
Macocha w pewnym sensie nawiązuje do Plastikowego M3. Obie książki łączy brutalna, prowokacyjna szczerość oraz bezceremonialne łamanie tabu. Podczas jednak gdy w M3 chodziło przede wszystkim o seksualność, w Macosze takim kontrowersyjnym tematem jest macierzyństwo. Narratorka książki to przykład kobiety, która bez większych skrupułów, racjonalizując sobie swoje działania, dręczy swoje dzieci. Oczywiście jednak Hůlová zastrzega, że jej własne doświadczenia zostały tu bardzo zniekształcone i wyolbrzymione – w końcu to, co opisuje w książce, zdecydowanie podchodzi już pod odpowiednie paragrafy.

Bez prowokacji to nie ma sensu

Skąd ten temat? W wywiadzie dla portalu novinky.cz autorka zwraca uwagę na pewne konwencje, których kobiety do dziś są więźniami. Kiedy na świat przychodzi dziecko, od kobiety oczekuje się – inaczej niż od mężczyzny – wyrzeczeń. Ona właściwie nie zakłada rodziny, tylko się nią staje. „Nie mówię, że tak jest zawsze, oczywiście przesadzam, ale bez odrobiny prowokacji to nie ma sensu” [1] – dorzuca. Tak czy siak – oczekiwania są zawsze większe wobec matki niż wobec ojca. Część ograniczeń wynika rzecz jasna z natury i tych nie zmienimy, część jednak jest sztuczna i narzucona przez społeczeństwo, i właśnie na nie pisarka chce zwrócić uwagę.

W tym samym wywiadzie Hůlová wyjaśnia, że pisanie to dla niej dialog, ale dialog nietypowy. Ponieważ jest z natury introwertyczką, poprzez pisanie szuka partnera do rozmowy. I jako rozmówczyni na różne sposoby zaskakuje, czasem budzi zachwyt, ale również w bardzo nieprzyjemny sposób prowokuje. Za Jonathanem Franzenem cytuje, że pisarz to ktoś, kto chce być kochany za to, że mówi ludziom nieprzyjemne rzeczy. Ona też – chcąc wywołać u czytelnika reakcję, budzi w nim wstręt i odrazę, wulgarnie rzecz ujmując, „sra mu na głowę” i ma nadzieję, że wywoła to u niego coś w rodzaju katharsis.

Hůlová i Hrabal

Podobnie jak Plastikowe M3, Macocha sprawia wrażenie książki pisanej na jednym wdechu – i nie jest to wrażenie mylne. Autorka rzeczywiście pisze w ten sposób i przyznaje, że tak już ma, od zawsze. Nie musi się specjalnie napędzać, przeciwnie, raczej stara się hamować, chłodzić, ale niespecjalnie to wychodzi.
„Jak kto we mnie kamieniem, to ja w niego chlebem, myślę wsparta o kredens w salonie, nalewając sobie trzeci kielonek dla kurażu. Tylko czy tu w ogóle chodzi o kuraż, czy raczej o wyłączenie hamulców bezpieczeństwa w windzie mojej głowy, by jak wystrzelona z Bajkonuru poszybowała w górę i wyrwana z kajdan szarej codzienności zaczęła mylić bezczelność z wolnością, a odlot z polotem? Srał pies rymy. Srał pies romantycznie zamglony obraz świata roztaczający się przed krótkowidzem, który na moment zdjął okulary, by je przetrzeć, i nagle zamiast wysypiska pełnego śmierdzących odpadków widzi płótno van Gogha, pole w pobliżu Arles, co z tego, skoro dzieje się to tylko w krótkiej chwili polerowania szkieł”.
Wielu krytykom i dziennikarzom rozmawiającym z nią przy okazji premiery Macochy ten sposób pisania przywodzi na myśl Hrabala, jego nieprzerwany strumień mowy, ten „hrabalovský motor”, jak to określa Vladimira Válková [2]. Pisarka potwierdza, że bardzo ceni Hrabala, jego improwizację, naturalność i pewną zwierzęcą siłę jego prozy. Przeciwstawia ją mechanicznemu, mozolnemu konstruowaniu literackich światów, często stereotypowo przypisywanemu pisarzom-mężczyznom.

O stereotypach i postrzeganiu pisarzy i pisarek przez pryzmat płci Hůlová też zresztą mówi dużo i chętnie. Jako autorka niebanalna, oryginalna, właściwie jedyna w swoim rodzaju, bywa mimo wszystko wciąż wrzucana do wora z podpisem „literatura kobieca”, tylko ze względu na płeć. Zwraca uwagę na paradoksy w mówieniu i pisaniu o literaturze – czy pisarza-mężczyznę pyta się kiedykolwiek o literaturę „męską”? Nie. Podczas gdy jego dzieło jest zawsze postrzegane po prostu jako pewien przekaz o świecie, kobiety muszą bezustannie walczyć z definiowaniem ich pracy przez pryzmat ich kobiecości. Hůlová zauważa, że wciąż spotyka się absurdalne zestawienia typu „Trzy kobiece powieści na wiosnę”, gdzie jedna z książek jest o rybach, druga o związkach, trzecia o śmierci i wszystkie trzy nie mają ze sobą absolutnie nic wspólnego. Po prostu… „literatura kobieca”.

A Macocha – czy potrafiłaby jednym zdaniem powiedzieć, o czym to jest? Odpowiada, że nie. I przeraża ją myśl, że ktoś by to potrafił :)

Książkę po polsku wydaje Afera, tłumaczy oczywiście Julia Różewicz, a Literackie Skarby Świata Całego patronują. Wkrótce Wam o niej opowiem – na pewno w więcej niż jednym zdaniu!


Źródła:
[1] Spisovatelka Petra Hůlová: Zaplaťpánbůh za ženská tabu, novinky.cz, 4.10.2013 (https://m.novinky.cz/articleDetails?aId=314726&sId=&mId=)
[2] Petra Hůlová: Macocha vznikala jako hmota, ne jako sbírka ingrediencí, blog.martinus.cz, 14.04.2014 (http://blog.martinus.cz/2014/04/petra-hulova-macocha-vznikala-jako-hmota-ne-jako-sbirka-ingredienci)
Dłuższe cytaty pochodzą z Macochy (tłum. Julia Różewicz).

Ilustracje:
[1] Ondřej Lipár / Wikimedia Commons
[2] Okładka polskiego wydania książki / wydawnictwo Afera
[3] Okładka czeskiego wydania książki / wydawnictwo Torst
[4] wyd. Afera