środa, 18 kwietnia 2018

Rodzinny horror. Czeska zapowiedź: Miroslav Pech, „Mainstream”

W ubiegłym roku nakładem Starej Szkoły po polsku ukazali się Uczniowie Cobaina Miroslava Pecha – książka, która była dla mnie jednym największych pozytywnych zaskoczeń minionego roku. Zapowiadająca się jako lekka opowieść o dorastaniu z muzyką w tle, zachwyciła mnie głęboką refleksją na temat dorosłości i utraty młodzieńczych złudzeń oraz posmakiem goryczy, towarzyszącym powieściowemu dojrzewaniu.

Nie mniej zaskakuje kolejna książka Pecha, którą proponuje nam polskie wydawnictwo (co ciekawe, nie została ona jeszcze wydana w Czechach, otrzymujemy ją więc przed czeskimi czytelnikami). Choć tym razem mamy do czynienia z zupełnie inną opowieścią. Mainstream jest bowiem określany jako horror.

To nie przypadek. Dla budziejowickiego autora, który wychował się na książkach Stephena Kinga i Clive’a Barkera, i który pod pseudonimem John Madhead publikował przez kilka lat opowiadania na portalu Horor.cz, jest to spełnienie jednego z największych marzeń – o byciu autorem horrorów. W roku 2011 co prawda ukazał się drukiem jego zbiór opowiadań grozy Neonové pohláďky aneb pod kobercem půda, ale nakład był bardzo maleńki (zaledwie 50 egzemplarzy) i książka od dawna nie jest dostępna. Wydany przez Starą Szkołę Mainstream można więc uznać za pełnoprawny horrorowy debiut Pecha.

Jak wiadomo, na Literackich Skarbach literatura grozy zbyt często nie gości. Mój patronat nad tym tytułem może być więc dla niektórych zaskoczeniem. Mainstream to jednak również opowieść o społecznych rolach, które, często trochę na siłę, przyjmujemy, o nieporadnych próbach stworzenia rodziny, o ranach wynoszonych z domu. O fizycznej i psychicznej przemocy, o przerażających rzeczach, które dzieją się nie tylko dookoła nas, ale również w naszej głowie.

Będę zachęcać, choć ostrożnie – bo to również książka momentami niezwykle brutalna, brudna, wulgarna, nie oszczędzająca czytelnika, zmuszająca go do przeżywania drobiazgowo opisanych nieludzkich tortur wraz z bohaterami. Przy pomocy maltretowanego, gwałconego, poniżanego, zimnego ciała obrazująca, co dzieje się z psychiką bohaterów. Czytasz – i żałujesz, że nie możesz zamknąć oczu i przeczekać, jak na filmie. A obrazy w wyobraźni czasem trudniej wymazać, niż te rzeczywiste.

Premiera e-booka już w ten piątek, 20 kwietnia. W przyszłym tygodniu zaś na Literackich Skarbach ukaże się obszerniejszy tekst na temat książki.

Źródła: 
Pech M., Štengl P., Mám radši rychlý psaní, „Dobrá adresa”, nr 12/2013.
Pech M., Soukupová H., Rozhovor: Divoké psaní Miroslava Pecha, literarky.cz [http://literarky.cz/literatura/222-literatura/24574-rozhovor-divoke-psani-miroslava-pecha]
https://ipac.svkkl.cz/arl-kl/cs/detail-kl_us_auth-0322893-Madhead-John-1986/ 
https://www.databazeknih.cz/knihy/neonove-pohladky-aneb-pod-kobercem-puda-348133

piątek, 6 kwietnia 2018

Walcząc z literaturą – relacja z Polsko-Czeskiej Wiosny Literatury

Fot. Andrzej Kocuba
Tegoroczny marzec był wybitnie czeski. Mazowiecki Instytut Kultury we współpracy z Czeskim Centrum oraz Domem Spotkań z Historią zorganizował w Warszawie Polsko-Czeską Wiosnę Literatury, czyli cykl spotkań poświęconych czeskiej i polskiej kulturze, zorganizowany z okazji wspólnej, 100. rocznicy odzyskania niepodległości.

Rzecz jasna, nie mogłam sobie odmówić udziału. I, rzecz jasna, nie mogłam nie napisać o tym, co zobaczyłam i usłyszałam. Poniżej – efekty. Pozwólcie jednak, że najpierw wytłumaczę się z tytułu. O literaturze, z którą trzeba walczyć, wspomniała w trakcie jednego ze spotkań Radka Denemarková. Jej zdaniem tylko taka literatura, wywołująca w nas silne emocje, niezgodę, protest, naprawdę coś w nas zmienia. I pomyślałam, że idea walki z literaturą, tej inspirującej walki – której przykładem jest też przecież każdy przekład, a więc i długoletnie boje Andrzeja Jagodzińskiego z Przypadkami inżyniera ludzkich dusz Škvoreckiego, tłumaczy Hrabala z jego dziełami czy Olgi Czernikow z kolejną książką Radki Denemarkovej – będzie pięknym podsumowaniem całego marcowego cyklu. Serdecznie Was zapraszam na moją relację z Polsko-Czeskiej Wiosny!
Spotkanie z Anną Freimanovą. Od lewej: Andrzej Mastalerz (czytający fragment Listów do Olgi),
tłumaczka Anna Radwan-Żbikowska, Anna Freimanová, prowadzący Andrzej Jagodziński. Fot. Andrzej Kocuba
Z wizytą u Havlów – spotkanie z Anną Freimanovą

Anna Freimanová była przyjaciółką małżeństwa Havlów, a później, w czasach prezydentury Havla, jego sekretarką i doradczynią. W trakcie spotkania opowiadała o fenomenie Hradečka – letniego domu Havlów, który dla środowiska dysydenckiego był czymś w rodzaju domu kultury i twórczej pracy, a zarazem rozrywki. Olga była dobrym tego duchem domu – to dzięki jej inwencji zawsze coś się tam działo, ona wymyślała wciąż nowe zabawy i aktywności, ale równocześnie twardo stała na straży spokoju Vaška, gdy ten akurat zajmował się pisaniem, a później do południa odsypiał nocną pracę.

Duże wrażenie zrobiło na mnie to, co Freimanová mówiła o sile drugoobiegowej kultury. Na sztuki, grane mimo zakazów na prywatnych posiadłościach, ściągały setki osób, a dzieła samizdatowe powielane w zaledwie kilku lub kilkunastu egzemplarzach były czytane i żywo komentowane. Wystarczy to sobie wyobrazić i natychmiast uświadamiamy sobie, że nie doceniamy tego, co mamy dziś – tysiące najróżniejszych tytułów, dostępnych powszechnie i na wyciągnięcie ręki.
Anna Freimanová. Fot. Andrzej Kocuba
Ze spotkania dowiedzieliśmy się również, jak powstały Listy do Olgi. Z początku Havlowie wymieniali ze sobą zwykłe listy, ale Václav miał pretensje do Olgi, że pisze tak krótko, tak ogólnikowo. Olga nie była tak wykształcona jak jej mąż, ale doskonale rozumiała, że w więzieniu potrzebuje on intelektualnych bodźców, dlatego prosiła przyjaciół, by podsuwali mu różnego rodzaju filozoficzne zagadnienia. Dzięki temu jego listy zaczęły być coraz dłuższe, coraz bardziej erudycyjne, aż w końcu Olga słusznie stwierdziła: „To już nie są listy. Vašek pisze kolejną książkę”.

Po tym, jak Havel został prezydentem, wiele na Hradečku się zmieniło. Choć wywalczył wolność dla swojego kraju, sam wolności nie odzyskał. Freimanová zwróciła uwagę na paradoksalną sytuację – mimo transformacji małżeństwo Havlów wciąż było pilnowane w swoim letnim domu, w dodatku często przez tych samych ludzi, co w poprzednim ustroju, choć teraz z zupełnie innych powodów.

Ciekawym uzupełnieniem spotkania był film Olga (2014) w reżyserii Miroslava Janka, wyświetlony po spotkaniu. Pozwolił on poznać Olgę Havlovą z perspektywy innych jej znajomych, którzy chętnie dzielili się anegdotami na jej temat. Oprócz ich wypowiedzi w dokumencie znalazły też archiwalne nagrania samej Olgi. Wszystko to złożyło się na obraz prezydentowej jako mądrej, silnej, twardo stąpającej po ziemi i pozbawionej sentymentów, ale zarazem bardzo ciepłej, obdarzonej wspaniałym poczuciem humoru osoby.
Fot. Andrzej Kocuba
Wychowujmy synów – spotkanie z Radką Denemarkovą 
i Olgą Czernikow

Motyw mądrej, silnej kobiecości powrócił następnego dnia na spotkaniu z Radką Denemarkovą, poświęconym przede wszystkim jej powieści Przyczynek do historii radości. Pisarka m.in. przywołała historię powstania książki (znajdziecie ją tutaj), ale również mówiła o nowych kontekstach, w jakich dziś, w czasach #metoo, odczytywana jest powieść. Ubolewała nad tym, że wciąż nie ma solidarności między ofiarami gwałtu, oraz podkreślała, że jest to kwestia ludzkich praw i godnego życia, na które w ustroju demokratycznym zasługuje każdy z nas – a nie feminizmu. Niestety żyjemy w dobie wielkich przywódców politycznych, którzy traktują kobiety przedmiotowo, dlatego tak bardzo potrzebne są głosy poparcia mężczyzn. Zwróciła również uwagę na to, że negatywne rytuały, takie jak seksizm i rasizm, pojawiają się zawsze, gdy na świecie dzieje się coś złego – i że to znak, że dzisiejszy świat choruje.
Od lewej: Olga Czernikow, Radka Denemarková. Fot. Andrzej Kocuba
Autorka mówiła też o kryzysie języka, jakiego w pewnym momencie doświadczyła. Straciła wiarę w jego moc i stanęła przed wyborem – przestać pisać lub znaleźć inną drogę. Taką drogą okazał się dla niej język ciał. Prowadząca zauważyła przy tej okazji, że polski nie jest chyba najlepszym językiem do pisania o ciele i spytała tłumaczkę, jak sobie z tym poradziła. Zdaniem Olgi Czernikow również czeski nie daje w tym zakresie dużych możliwości i prawdopodobnie nie ma języka, który dobrze opisywałby tę sferę. Przyznała też, że przekład dzieł Radki Denemarkovej odchorowuje się nocnymi koszmarami i że przechodzi to właśnie po raz kolejny, tłumacząc powieść Kobold.

W ramach podsumowania prowadząca Karolina Sulej zadała to samo lekko banalne pytanie, które na koniec kwietniowego spotkania w Warszawie padło z publiczności: „Jak zmienić świat?”. Olga Czernikow znalazła na nie krótką i celną odpowiedź: czytać. Denemarková podpisała się pod tym i dodała, że powinna być to literatura, z którą trzeba walczyć – tylko taka bowiem coś w nas zmienia, w przeciwieństwie do pięknie opakowanych produktów, zalewających dzisiejszy rynek wydawniczy. Dodała też, że choć może sprawiać inne wrażenie, nie jest pesymistką – wierzy w to, że przy wsparciu mężczyzn możliwe są zmiany. „Wychowujmy synów!” – podsumowała pani z widowni, „...i nie rozpieszczajmy ich” – zakończyła pisarka.
Od lewej: Dorota Landowska (która przeczytała fragment Przyczynku do historii radości), prowadząca Karolina Sulej, Olga Czernikow, Radka Denemarková, tłumaczka Anna Radwan-Żbikowska. Fot. Andrzej Kocuba
A tu pisząca dla Was te słowa, uchwycona w momencie zasłuchania ;). Fot. Andrzej Kocuba
25 lat ze Škvoreckim – spotkanie z Andrzejem S. Jagodzińskim

Rozmowa z Andrzejem S. Jagodzińskim, tłumaczem dzieł m.in. Josefa Škvoreckiego, zaczęła się, przekornie, od… Hrabala. Tłumacz odpowiedział na zaczepną uwagę prowadzącego, Tomasza Brzozowskiego, że nie tłumaczy Hrabala nie dlatego, że nie ceni jego twórczości, lecz dlatego, że po prostu nie potrafi. I wyjaśnił, że zarówno Hrabal, jak i Škvorecký są bardzo trudni do tłumaczenia, ale z zupełnie innych powodów. Hrabal – ponieważ pisał językiem, jaki w polszczyźnie nie istnieje i każdy jego tłumacz musiał go wymyślić od podstaw, Škvorecký – bo jego powieści są po prostu bardzo złożone i trudne technicznie.

W ten sposób rozmowa płynnie przeszła do Przypadków inżyniera ludzkich dusz, które miały być głównym „bohaterem” spotkania. Z książką, składającą się z ponad 30 różnych wątków, pociętych metodą montażu filmowego, tłumacz poradził sobie tak, że wypreparował poszczególne wątki (cofając się tym samym niejako do źródeł – ponoć Škvorecký pracując nad powieścią po prostu wszystko pociął, rozrzucił na dywanie i poukładał). Wyzwaniem był również język czechoamerykański – specyficzny, nieco inny niż polskoamerykański, ponieważ w języku czeskim nie ma kluczowej dla amerykańskiej wymowy głoski ł.
Od lewej: Andrzej Jagodziński, prowadzący Tomasz Brzozowski. Fot. Andrzej Kocuba
Ale jak właściwie wyglądała historia tego przekładu? Jagodziński przyznaje, że była to historia długa. Z książką zetknął się po raz pierwszy na początku lat 80. i była dla niego objawieniem, od razu też rozpoczął próbę jej przekładu. Robił to jednak jeszcze wtedy strona po stronie, bez strategii wypreparowania wątków, i było to mordercze wyzwanie, od którego w dodatku odciągały go inne obowiązki – miał na utrzymaniu małe dzieci. Wymagający absolutnej wierności Škvorecký na moment takiej wierności musiał czekać aż 20 lat (pierwsze polskie wydanie, wydawnictwa Pogranicze, pochodzi z roku 2009). Tłumacz przyznał, że z tego powodu stał się obiektem drwin kolegów po fachu: „Jagodziński? To ten facet, co 25 lat tłumaczył jedną książkę”.

Zaproszony gość mówił także o wydawnictwie Sixty Eight Publishers, założonym przez małżeństwo Škvoreckich w Toronto dokładnie pół wieku temu. Oficyna działała bardzo prężnie (do roku ‘91 wydała ok. 250 książek!) i miała ogromne znaczenie dla czeskich twórców zakazanych przez system komunistyczny. Dla większości z nich była to jedyna szansa, by ich dzieła ukazały się drukiem – czeski samizdat nie był tak silny jak polski i istniało realne zagrożenie, że czeska niezależna literatura zupełnie zniknie. Po roku ‘89 Andrzej Jagodziński miał szczęście poznać Josefa Škvoreckiego osobiście. Wspomina go jako bezpretensjonalnego i bardzo otwartego człowieka, zwłaszcza po kilku szklaneczkach Jacka Danielsa, którego uwielbiał.
Jacek Braciak, który przeczytał rewelacyjny fragment Przypadków inżyniera ludzkich dusz. Fot. Andrzej Kocuba
Na zakończenie spotkania gość zdradził, jakie kolejne tytuły Škvoreckiego w jego przekładzie ukażą się wkrótce w wydawnictwie Pogranicze. Będzie to Mirakl, czyli cud – kolejna powieść z Dannym Smirzickim, dzieło, które przy użyciu poetyki pamfletu opisuje wydarzenia lat 1948 i 1968 w Czechosłowacji – oraz Ci wspaniali młodzi chłopcy i dziewczęta – historia czeskiego kina oczyma Škvoreckiego. Godne uwagi polsko-czeskie premiery!

Kto chce Czecha do domu? – spotkanie z Mariuszem Suroszem

Głównym tematem rozmowy z Mariuszem Suroszem, polskim dziennikarzem i historykiem mieszkającym w Pradze, była natomiast jego najnowsza książka, Ach, te Czeszki. Wydana u nas trzy lata temu, doczekała się właśnie premiery po czesku. Prowadząca Teresa Drozda była przede wszystkim ciekawa, dlaczego zdecydował się przybliżyć w swojej publikacji postaci, które nawet w Czechach nie są zbyt znane. Autor postanowił sięgnąć głębiej, ponieważ drażni go postawa większości Polaków wobec Czechów – lubimy ich (co potwierdzają sondaże), powierzchownie zachwycamy się ich liberalnością i dystansem do siebie, pielęgnujemy stereotyp Pepika przesiadującego w gospodzie, tymczasem w rzeczywistości wiemy o nich drastycznie mało. Przyznał jednak, że jest sporo Polaków, którzy pokazują naszym rodakom to inne, bardziej prawdziwe oblicze Czechów – jak Mariusz Szczygieł (w Gottlandzie) czy Aleksander Kaczorowski, którego biografia Oty Pavla ukaże się już w maju.
Od lewej: prowadząca Teresa Drozda, Mariusz Surosz. Fot. Andrzej Kocuba
Gość zdradził również trochę pozakulisowych szczegółów dotyczących pracy nad książką. Mówił między innymi o tym, jak trudno było mu dotrzeć do Věry Čáslavskiej, bohaterki jednej z historii ze zbioru, która pod wpływem trudnych doświadczeń rodzinnych wycofała się zupełnie z życia publicznego. Lojalność jej przyjaciół sprawiła, że dopiero po trzech latach wytrwałych poszukiwań zdobył do niej kontakt. Zapytany o to, dlaczego zawsze opisuje historię z perspektywy jednostek, odparł, że nie potrafi inaczej. To jego metoda: wybierać niuanse, unikać ocen, cofać się w czasie i pokazywać, że pewne rzeczy mimo upływu lat wciąż są żywe.

Na koniec, by pokazać, że mimo wszelkich konfliktów i niezrozumienia, związki między Polską a Czechami są silne, autor przywołał dwie historie. Pierwsza dotyczyła Festiwalu Niezależnej Kultury Czechosłowacji we Wrocławiu w 1989; by ugościć wszystkich Czechów, którzy tłumnie ściągali zza południowej granicy (było jeszcze przed aksamitną rewolucją i, paradoksalnie, w swoim kraju nie mogli liczyć na kontakt z własną niezależną kulturą), przed Teatrem Polskim postawiono chłopca wołającego: „Kto chce Czecha do domu?”. Tym nietypowym sposobem wszyscy czescy goście, co do jednego, znaleźli nocleg. Druga dotyczyła filmu Furia z 2014 roku, a konkretnie jego recenzji opublikowanej na iDNES.cz, jednym z największych czeskich portali informacyjnych i kulturalnych. Była ona zatytułowana… Czterej pancerni i Brad Pitt.
Danuta Stenka, czytająca fragment tekstu poświęconego Věrze Čáslavskiej,
pochodzącego ze zbioru Ach, te Czeszki. Fot. Andrzej Kocuba
W trakcie spotkania uchylono też rąbka tajemnicy na temat nowego wydania Pepików. Będzie ono wzbogacone o sześć nowych rozdziałów oraz dodatkowe epizody. To też premiera, na którą warto czekać!

Hrabal jak pisarze ibero – spotkanie z twórcami spektaklu
Pociągi pod specjalnym nadzorem

Zwieńczeniem Polsko-Czeskiej Wiosny Literatury był spektakl Pociągi pod specjalnym nadzorem na podstawie adaptacji Janusza Andermana i w reżyserii Jakuba Krofty oraz późniejsza krótka rozmowa z twórcami. Prowadzący spotkanie Aleksander Kaczorowski zapytał Janusza Andermana o jego pierwsze wrażenia z lektury Hrabala – i jak to było go czytać, zanim jeszcze stał się modny. Autor adaptacji przyznał, że był zaskoczony przełomowością tej prozy, wynikającą z użycia obecnej češtiny – wcześniej nikt w ten sposób nie pisał. Z tego samego powodu według Andermana Hrabal jest praktycznie nieprzekładalny (patrz: spotkanie z Andrzejem Jagodzińskim), ale prowadzący zaprotestował. Jego zdaniem właśnie na tym polega urok tych polskich przekładów – każdy z tłumaczy mógł „lepić” swojego własnego Hrabala.
Fot. Andrzej Kocuba
Od lewej: Janusz Anderman, Aleksander Kaczorowski. Fot. Rafał Latoszek
Od lewej: Aleksander Kaczorowski, Jakub Krofta. Fot. Rafał Latoszek
Później rozmowa zeszła na sam spektakl. Kaczorowski zwrócił uwagę na to, jak wielkie wyzwanie postawili sobie twórcy – przecież większość z nas dobrze zna film i pierwowzór literacki. Mimo to udało im się stworzyć coś zupełnie świeżego. Jakub Krofta, czyli, jak sam siebie scharakteryzował, „Czech reżyserujący spektakl na podstawie Hrabala w Warszawie”, przyznał, że być może właśnie dlatego zdecydował się na takie przedsięwzięcie dopiero w Polsce. W Czechach po prostu czuł zbyt dużą presję. Według prowadzącego sekretem spektaklu jest leniwe tempo, odpowiadające rytmowi prozy Hrabala. Twórcy przyznali, że było ono dla nich kluczowe, z czego zresztą wynikły pewne starcia z aktorami, bardzo wyczulonymi na dłużyzny.

Pod koniec rozmówcy znów skupili się wyłącznie na twórczości Hrabala. Zdaniem Kaczorowskiego był on genialnym kreatorem; choć postrzegany jako pisarz realistyczny, uprawiał raczej coś w rodzaju realizmu artystycznego, tworząc doskonałe wizje realności. A więc – stwierdził Anderman – z powodzeniem mógłby być też pisarzem… południowoamerykańskim. I tym ciekawym motywem spotkanie zostało zakończone, a uczestnicy – zaproszeni na poczęstunek i kufelek zimnego pilznera. Pyszne ukoronowanie wspaniałych trzech czeskich tygodni!
Fot. Andrzej Kocuba

Za możliwość publikacji zdjęć dziękuję Mazowieckiemu Instytutowi Kultury. Panu Radkowi Lubiakowi z MIK dziękuję także za zaproszenie do udziału w cyklu, pomoc oraz miłe przyjęcie na wydarzeniach w Warszawie!

środa, 28 marca 2018

Moje zwierzenia czytelnika (zainspirowane „Ex librisem” Anne Fadiman)

Skoro zwierzenia i prywata, to i własne zdjęcie à propos rytuałów czytelniczych.
Niestety to akurat rytuał praktykowany tylko w poranki letnio-wakacyjne.
Oryginał uwielbianej dziś na całym świecie książki Anne Fadiman nosi podtytuł Confessions of a Common Reader. Określenie „common reader”, czyli „zwykły czytelnik”, pochodzi z eseju Virginii Woolf, która z kolei zapożyczyła je od Samuela Johnsona. Kim jest ten „zwykły czytelnik”? W tekście Woolf znajdujemy taką oto definicję:
„Zwykły czytelnik, sugeruje doktor Johnson, różni się od krytyka i uczonego. Jest słabiej wykształcony, natura nie obdarzyła go nazbyt hojnie. Czyta raczej dla własnej przyjemności niż po to, by przekazywać wiedzę czy korygować cudze osądy. Nade wszystko jednak kieruje się własnym instynktem (…). Bywa pospieszny, niedokładny i powierzchowny” [1].
I choć „jego wady jako krytyka są zbyt oczywiste, by je tu w ogóle wymieniać”, doktor Johnson twierdzi, że „po wszystkich wyrafinowanych subtelnościach i uczonych dogmatyzmach to niezdeprawowany literackimi uprzedzeniami zdrowy rozsądek zwykłych czytelników będzie ostatecznie kryterium rozdzielania tytułów do poetyckiej chwały” [cytuję nadal za esejem Woolf]. A więc figura daleka od wybitności, a mimo to dosyć istotna.

Oczywiście Anne Fadiman, przypisując sobie tytuł „zwykłego czytelnika”, trochę kokietuje – to w końcu osoba o dużej wiedzy i oczytaniu, którą z powodzeniem określić moglibyśmy jako znawczynię literatury. Myślę jednak, że chodzi tu o jakiś bardzo pierwotny element, który głęboko w sobie mają nawet znawcy – bo nawet oni odkładają czasem na bok cały swój aparat krytyczny i poddają się czystej przyjemności spontanicznej, niedbałej lektury. I ta książka właśnie taka jest – nie ma tu wnikliwych analiz i zawiłych zagadnień, bo zebrane w niej eseje nie dotyczą stricte literatury, ale właśnie czytania, naszych czytelniczych nawyków i płynącej stąd radości.

Niezależnie od tego, którą definicję „zwykłego czytelnika” przyjmiemy, ja sama za to z całą pewnością mogę wejść w jego rolę. I postanowiłam tak właśnie zrobić – zainspirowana wywodami Anne Fadiman, która bez większych oporów dopuszcza czytelnika nie tylko do swojej biblioteczki, ale również życia prywatnego, rodzinnego, małżeńskiego, zdecydowałam się podzielić swoimi własnymi confessions of a common reader. Gotowi? Oto one!

Wyznanie numer 1: W mojej biblioteczce są dwie Specjalne Półki. Na jednej stoją książki, które z jakichś względów są dla mnie szczególnie ważne. Ukochane, w pewien sposób dla mnie przełomowe, z drogimi mi dedykacjami. Druga natomiast to półka Hrabala, która mieści wszystkie książki Mistrza i wszystkie książki o nim, a prócz tego butelki po piwie przywiezionym z browaru w Nymburku, gdzie Hrabal dorastał, oraz grafikę autorstwa Justyny Plec z pewnej maleńkiej wystawy zainspirowanej twórczością Hrabala. Praca ta zdobiła ściany wszystkich moich krakowskich mieszkań (budząc nierzadko konsternację gości), a teraz wylądowała ze mną w Rzeszowie, gdzie służy za piękną dekorację hrabalowskiej półki. Grafika, choć może na pierwszy rzut oka rzeczywiście trochę makabryczna, zainspirowana jest takim uroczym fragmentem:
„Od tego czasu Vladimir bał się strzyc. Gdy tylko zobaczył nożyczki w ręce fryzjera, cierpł na samą myśl, co się może stać, jeśli ten fryzjer wieczorami zajmuje się grafiką i zazdrości Vladimirowi, i znienacka wbije mu te rozwarte nożyczki w oczy, aż do mózgu?” [2].
Moja Specjalna Półka!
Wyznanie numer 2: Uwielbiam pisać na marginesach. Także na książkach bibliotecznych. I uwielbiam czytać podobne cudze zapiski, bo czuję, że mam wtedy wgląd w proces szalenie intymny, jakim jest przecież osobista lektura. Pierwszym prezentem, jaki zrobiłam swojemu obecnemu chłopakowi, był egzemplarz mojej ulubionej książki Hrabala, który przyozdobiłam notatkami – zaadresowanymi do obdarowanego. Jak jeden wielki list, z uwagami typu: „Zobacz, to mój ulubiony fragment!” czy „Też to znasz, prawda?”.

Dla mnie dopiero książka z podkreśleniami i zabazgranymi marginesami naprawdę żyje. Posługując się więc metaforą Anne Fadiman, do książek żywię miłość bardziej zmysłową niż dworską – książka jako przedmiot nie jest dla mnie świętością, którą zachować należy jak najdłużej w stanie niepokalanej czystości. Nie idę jednak w tej „zmysłowości” tak daleko, jak Fadimanowie. Nawet „rozdziewiczanie” książek przy pomocy długopisu zamiast ołówka budzi we mnie poczucie winy, a już barbarzyństw takich jak swobodne wyrywanie stron nigdy bym się nie dopuściła!

Przykład mojego zdobienia marginesów. Pavel Vilikovský
i jego „Opowieść o rzeczywistym człowieku”. Nie mogłam
się powstrzymać. Kto czytał, ten zrozumie!
Wyznanie numer 3: Uwielbiam dedykacje. W swojej biblioteczce mam kilka szczególnie mi drogich antykwarycznych egzemplarzy, w których w formie dedykacji ktoś zostawił cząstkę swojego życia, a także kilka pięknych dedykacji zaadresowanych do mnie. Pozostaję jednak pod głębokim wrażeniem tej najpiękniejszej dedykacji, którą chwali się na kartach Ex librisu Anne Fadiman: „Mojej ukochanej żonie… To jest i twoja książka. Tak jak moje życie jest także twoim”. Jest zazdrość :)

Wyznanie numer 4: Które też nie będzie chyba wielkim odkryciem, bo przy różnych okazjach o tym wspominam. Lubię książki używane. Oczywiście, zapach świeżo zakupionej nówki sztuki jest wspaniały, ale mimo wszystko wolę leciutką woń kurzu i miękkie w dotyku, pożółkłe strony. Lubię świadomość, że książka przeszła już przez czyjeś ręce, że ma już za sobą przynajmniej jedno życie, „że jestem małym ogniwem w długim łańcuchu posiadaczy książek” [3], jak pisze Anne Fadiman – również wielbicielka „prozy z odzysku”.

Wyznanie numer 5: Mam manię poprawiania błędów, tak jak wszyscy Fadimanowie. Za każdym razem robię to w czytanej książce (i często mam później ochotę podesłać listę wydawcy, tak jak autorka Ex librisu przesłała kiedyś swoje uwagi samemu Nabokovowi; powstrzymuje mnie fakt, że większość niestety ma to w nosie – za bratem Anne powtórzę: „Oni chcą tkwić w błędzie”). Ale również w internecie bywam często tym upierdliwcem, który komentuje, zwracając uwagę na błędy (zwłaszcza jeśli chodzi o pisownię i odmianę czeskich nazwisk – kilka koleżanek-blogerek pewnie potwierdzi). Staram się hamować, bo nigdy nie wiem, jak ktoś na poprawkę zareaguje, ale to fakt – siedzi we mnie taki mały gramatyczny nazista.

Anne Fadiman w 2010 roku.
Wyznanie numer 6: Uwielbiam literackie opisy jedzenia… ale za to nigdy nie jem, czytając. Zwyczajnie nie potrafię się skupić na tych dwóch czynnościach jednocześnie. Odkładam książkę – i dopiero wtedy pędzę do kuchni, zaspokoić pobudzony literackimi pysznościami apetyt. Jak Anne Fadiman, podczas swojej nocnej akcji smażenia cheddara pod wpływem pewnego zdania z książki ;). Esej Literacki żarłok to chyba mój ulubiony z całego zbioru – nawet mimo tego, że zamiast opisywanych pyszności po jego lekturze najbardziej zapadła mi w pamięć obrzydliwa zupa o konsystencji śluzu oraz ból brzucha, którym zakończyło się nocne smażenie sera. Więc niby o smakowitościach, ale sam tekst aż tak smakowity nie jest ;).

Wyznanie numer 7: Podobnie jak Fadiman, uwielbiam wspólne czytanie książek na głos. Jedno z moich najmilszych wspomnień – w ogóle, nie tylko czytelniczych – to pewien październikowy wieczór w pensjonacie w Bieszczadach, kiedy z moim ówczesnym chłopakiem czytaliśmy Szwejka, od czasu do czasu z konieczności przerywając z powodu dzikich ataków śmiechu. Na pewno nie czerpałabym takiej radości z lektury tych fragmentów, gdyby nie fakt, że dzieliłam to doświadczenie z bliską mi osobą. Bardzo polecam – to naprawdę intensyfikuje wrażenia!

Wyznanie numer 8: Powiązane z numerem 7. Uważam, że w czytaniu dzieciom do snu jest coś magicznego. Do dziś wspominam ten przyjemny moment, kiedy wieczorem mój tata otwierał opasły tom Opowieści z Narnii, po czym po raz kolejny przenosił mnie i siostrę do świata wyczarowanego przez C.S. Lewisa. Treść książki po kilku latach niemal zupełnie uleciała mi z głowy, ale wciąż pamiętam dziecięcą ekscytację płynącą z samego rytuału. Marzy mi się odtworzenie go kiedyś z własnymi dziećmi, a później obserwowanie ich własnych pierwszych doświadczeń w literackim świecie. W końcu, jak napisała Anne Fadiman: „Spośród wielu satysfakcji z rodzicielstwa tylko nieliczne stawiam ponad obserwację twarzy moich dzieci w chwili, kiedy otwierają po raz pierwszy nową książkę” [4]. Może kiedyś się spełni.

A sama książka? Nie wszystkie eseje porwały mnie tak samo, ale spędziłam z nią kilkanaście miłych wieczorów i cieszę się, że na ten czas mogłam wejść do czytelniczo-rodzinnego świata Anne Fadiman. Oraz że zainspirowała mnie do podzielenia się swoim własnym czytelniczo-prywatnym światem. A teraz… czas na Wasze wyznania ;).

Źródła:
[1] Woolf V., Zwykły czytelnik [w:] Eseje wybrane, przeł. Magda Heydel, wyd. Karakter, Kraków 2015, s. 31.
[2] Hrabal B., Czuły barbarzyńca, przeł. Aleksander Kaczorowski, wyd. Świat Literacki, Izabelin 1997, s. 76.
[3] Fadiman A., Ex libris. Wyznania czytelnika, przeł. Hanna Pustuła, Paweł Piasecki, wyd. Świat Literacki, Izabelin 2004, s. 160.
[4] Tamże, s. 172.

Fotografie:
[1], [2], [3], [5] zdjęcie własne
[4] King of Hearts / Wikimedia Commons.

sobota, 17 marca 2018

Literacka Przystawka (2) – Miłoszewski, Małecki, Orbitowski

W prawie-już-wiosennej Literackiej Przystawce gości u mnie tym razem trzech polskich pisarzy. Choć z głośnymi nazwiskami młodej polskiej prozy nie jestem za pan brat, tak się akurat złożyło, że w ostatnim czasie – dzięki uprzejmości wydawców i wydawców-znajomych – miałam okazję przeczytać trzy nowości pióra poczytnych autorów znad Wisły. Znani, lubiani, chętnie czytani i komentowani (Miłoszewski i Małecki – pierwsze dwa miejsca w kategorii literatury pięknej w niesławnym plebiscycie LubimyCzytać.pl), ale czy ta popularność rzeczywiście odpowiada literackiej jakości ich dzieł? Cóż, mnie niestety wszystkie trzy pozycje trochę rozczarowały.

Najtrudniej jest mi chyba pisać o Jak zawsze Zygmunta Miłoszewskiego, bo mimo tego historyczno-politycznego tła jest to jednak rasowa literatura rozrywkowa, lekka i pozbawiona większej głębi, a o takiej zupełnie nie potrafię pisać. Fakt, że książkę czyta się przyjemnie, a pomysł na przeniesienie pary staruszków w czasie do lat ich młodości, lecz w alternatywnej rzeczywistości, w której Polska po wojnie znalazła się w strefie wpływów Francji, jest bardzo ciekawy. Ale…

No właśnie, ciężko mi wyjść ze swoją opinią poza utarte sformułowania „przyjemnie” i „ciekawy”. Ze świetnego pomysłu właściwie nic nie wynika, może poza dosyć mętną krytyczną refleksją na temat Polski i Polaków oraz impulsem do rozważań, co sam zrobiłbym, gdybym mógł swoim życiem pokierować raz jeszcze, od nowa. Historii brakuje jednak jakiejś myśli zamykającej, zakończenie jest moim zdaniem rozmyte i niedopracowane, a cała opowieść – lekko przegadana (podobno powieść na etapie redakcji została dosyć mocno okrojona, przypuszczam więc, że w wersji pierwotnej musiała być bardzo przegadana). Za to duży uśmiech wywołały we mnie fragmenty, w których autor najwyraźniej ironizuje na swój własny temat – podoba mi się ten dystans:
„Czyli ma pan swoje ulubione knajpy na tatara, na sznycel, na naleśniki. No i proszę sobie wyobrazić, że przychodzi pan na tatara, a tam są dziś ryby z rusztu, bo kucharz lubi różnorodność. I ja mam to cały czas, autor pisze genialne romanse, cała Polska je sobie wstrzykuje jak heroinę, a on przychodzi, że teraz napisze nową Lalkę albo nową Ziemię obiecaną, wszyscy na punkcie tych powieści mają obsesję. Czasami da się wytłumaczyć, częściej przekupić, ale niektórzy są niezłomni, no i nie kończy to się dobrze (…). Ponieważ jak pan idzie na tatara, to pan nie chce ryby z rusztu, nawet jeśli rybę robił ten kucharz od tatara, proste” (s. 302).
Podobny problem ze sformułowaniem swojej opinii mam w przypadku Rdzy Jakuba Małeckiego, choć to oczywiście zupełnie inna książka. Na myśl o niej przychodzi mi do głowy jedno słowo, niestety równie błahe i ogólnikowe co „przyjemnie” i „ciekawy”: „ładna”. Dla mnie to taka ładna książka, ładnie napisana, z ładną historią, uroniłam nawet przy niej kilka łez, ale nie powiem, żeby wzbudziła we mnie jakieś silniejsze emocje – po dwóch miesiącach od lektury niemal cała fabuła ulotniła mi się z głowy i musiałam raz jeszcze całość przekartkować, by móc cokolwiek na jej temat napisać.

Ujął mnie motyw listów wysyłanych do zmarłego ojca, cień przeklętego drzewa i cień odważnego dziadka, który na Syberii stoczył walkę z niedźwiedziem, smutne historie Julii Dusznej, Doktora i Hołowczyca, i wreszcie samej babci Tośki, całe to uniwersum niespełnionych pragnień, przegapionych szans, żyć, które pokrywa rdza. Często miałam jednak wrażenie, że autor manipuluje moimi emocjami, stosując proste i ograne sztuczki, że to wszystko jest trochę powierzchowne i efekciarskie, i stąd ten brak silnych emocji, nie ma w tej prozie czegoś, co zostawiłoby we mnie głęboki ślad. Choć więc wspomnienia z lektury mam miłe, dla mnie jest to jedna z tych książek, które odkłada się na półkę i szybko zapomina. Szkoda!

Problemu nie mam za to z pisaniem o Exodusie Łukasza Orbitowskiego – w tym wypadku potrafię dokładnie wskazać to, co mi się podobało i to, co mi przeszkadzało. Na plus oceniam kreację głównego bohatera, bo choć to niesamowicie śliski, irytujący typ, grający przed sobą i przed światem szlachetnego i odpowiedzialnego, a przy tym duszący w sobie uczucia, bierny, nie próbujący rozwiązywać problemów, tylko uciekający od nich – jest jednak w tym wszystkim takim niewygodnym lustrem dla nas. Bo przecież, co uświadomiłam sobie nie bez przykrości, wszyscy trochę jesteśmy jak on. Usprawiedliwiamy sami siebie, zagłuszamy wyrzuty sumienia, utwierdzamy się w przekonaniu, że jesteśmy „w porządku”, że po prostu „musieliśmy” i „nie mogliśmy inaczej”.

Na minus – sposób poprowadzenia wszystkich wątków z wyjątkiem głównego, cała ta podróż przez Europę, Berlin, obóz przesiedleńczy, Lublana, grecka wyspa, i nagromadzenie napotkanych po drodze postaci, których znaczenie (z wyjątkiem Klary i Antego) nie jest do końca jasne. Za dużo tutaj wszystkiego, przez co historie rozłażą się w palcach, czytelnik gubi się w nieistotnych szczegółach i nic się nie klei. Pozbawione puent opowieści są przeciągnięte i zwyczajnie nudne, dlatego z ulgą wracałam do kolejnego odcinka wątku z przeszłości, jedynego, który śledziłam z przyjemnością. Bo akurat osadzona w polskich realiach historia wychowanego przez samotną matkę chłopaka, który zbyt szybko zostaje wrzucony we własne życie rodzinne i rozpaczliwie lawiruje między oczekiwaniami matki i żony jest moim zdaniem dobra, mocna i wiarygodna.

Tym, co drażniło mnie też w trakcie lektury, była jednowymiarowość postaci kobiecych. Mężczyźni w powieści Orbitowskiego mają jakieś cechy charakterystyczne, są wyraziści, podczas gdy bohaterki, nawet jeśli mają własną historię, własną tajemnicę, są albo postaciami nieznośnie płaskimi i mdłymi (Julka, Eve, Nina) albo karykaturalnymi histeryczkami (matka, Patrycja, Sophie). Tak jakby między tymi dwoma biegunami nie było nic.

Do plusów dorzuciłabym też trochę filmową technikę przywoływania na początku rozdziału wciąż tego samego wspomnienia, ale odsłanianego stopniowo, oraz kilka niebanalnych, obrazowych opisów („W prześwitach błyskają reflektory, szumią liście, żołądź uderza o ziemię, trzeszczy chór świerszczy”, „Zamkowe wzgórze szturmuje armia łysiejących drzew”), które świadczą o tym, że Orbitowski ma interesujące pióro. Niestety, kiepska konstrukcja powieści i wynikające z niej dłużyzny przyćmiewają to, co w Exodusie naprawdę dobre.

Żadna z powyższych książek nie jest zdecydowanie zła i dlatego żadnego z tych trzech autorów definitywnie nie skreślam. Ale też żadna, niestety, nie spełniła dużych oczekiwań rozbudzonych przez promocję.

***
Z. Miłoszewski, Jak zawsze, wyd. W.A.B., Warszawa 2017.
J. Małecki, Rdza, wyd. SQN, Kraków 2017.
Ł. Orbitowski, Exodus, wyd. SQN, Kraków 2017.

sobota, 3 marca 2018

Kostka wciąż taka sama, a jednak inna – „Arystokratka na koniu”, Evžen Boček

Trzecia część cyklu o arystokratce jest urocza urokiem poprzednich dwóch części… ale i trochę inna. Pozbawiona drapieżności części drugiej, za to jakby bardziej refleksyjna. Zmiana na plus czy nie? Trudno mi się zdecydować.

Na Kostce w zasadzie po staremu – rodzina Kostków w dalszym ciągu usiłuje się odnaleźć we wrogiej kapitalistycznej rzeczywistości. Wychodzi im to raz lepiej, raz gorzej, a ambitne plany marketingowe krzyżuje, między innymi, książę Schwarzenberg (oraz jego towarzyszka życia, szokująca swoją bardzo niearystokratyczną profesją). Wciąż jednak udaje im się jakoś utrzymać na powierzchni – a momentami nawet, o dziwo, całkiem dobrze się przy tym bawić.

I choć na podstawie tego opisu można by uznać, że książka, podobnie jak poprzednie odsłony cyklu, od pierwszej do ostatniej strony tryska humorem, nie do końca jest to prawda. Ku mojemu zaskoczeniu po świeżym, dowcipnym tomie pierwszym oraz rozkosznie sarkastycznym i drapieżnym tomie drugim przyszedł czas na książkę z lekka refleksyjną.

Na scenie pojawia się ciotka Nora, postać niewątpliwie zabawna („coś, co w pierwszym momencie uznałam za zmumifikowanego Pigmeja z sypialni matki, tyle że przebranego za kobietę z laseczką spacerową w zasuszonych palcach”), ale przecież, w swoim anachronizmie, oderwaniu i niezrozumieniu dla prawideł, jakim rządzi się dziś świat, również budząca współczucie. „Sprawiała wrażenie bezbronnej i opuszczonej – i taka chyba jest” (s. 105) – pisze w swoim dzienniku Maria i z dużym wzruszeniem wspomina o znoszonych, choć wciąż eleganckich, sukienkach ciotki.

Również ostatnie strony Arystokratki na koniu dostarczają więcej wzruszeń, niż łez szczerego śmiechu. Po beztroskiej nocy, w czasie której orzechówka leje się strumieniami, pan Spock wygrywa i wyśpiewuje swoje najnowsze przeboje (nareszcie, tak mi ich brak!), a Józef i Milada odstawiają tańce w przebraniach Himmlera i Helenki Vondráčkovej, autor budzi następnego ranka tę wreszcie zgraną drużynę w świecie, w którym już nie ma księżnej Diany. I choć to taki typowo czeski chwyt – przecież najlepsze czeskie książki i filmy rzucają na kolana właśnie tym, że z taką finezją łączą tragizm z komizmem – to jednak wszelkie dowcipy w tym momencie trochę bledną.

W lekkie zakłopotanie wprawiają mnie też dramatyczne przemiany, jakim ulega postać samej arystokratki. Na początku – zaskakująco dojrzała, spokojna i zdystansowana, w drugiej części nagle przechodzi metamorfozę we wściekłą zołzę, by w części trzeciej zacząć przejawiać zachowania typowe dla niezrównoważonej nastolatki – jest próżna, zazdrosna i histeryczna. Mam wrażenie, że autor chce po prostu dodać tej postaci barw, ale robi to trochę zbyt skokowo. (Z drugiej strony – po raz pierwszy w życiu się zakochała, a miłość, jak wiadomo, robi z ludźmi dziwne rzeczy…).

Mam więc z oceną trzeciej części cyklu Evžena Bočka pewien problem. Cieszę się z rozwoju wątku z Maksem, ale mam niedosyt piosenek pana Spocka i niecenzuralnych odzywek pani Cichej; podoba mi się, że Maria nabiera kolorków, ale nie jestem pewna, czy nie nabiera ich zbyt gwałtownie; z radością też przywitałam nową postać na zamku, ale nie wiem do końca, co o niej myśleć. 

Jeśli zaś chodzi o tę odrobinę smutku, która wkradła się do trzeciej części przygód arystokratki – skłaniam się ku przekonaniu, że to pewna nowa jakość. I nie jest to chyba powód, by markotnieć. Może i dobrze, że nastrój kolejnych tomów lekko się zmienia, bo to w końcu gwarancja, że oprócz humoru opartego na wciąż na podobnych gagach, znajdziemy w nich coś nowego i zaskakującego.

Dlatego też pozostaję wierna serii i już wypatruję kolejnej jej odsłony, ciekawa, w jakie tym razem klimaty uderzy kasztelan zamku w Miloticach. Pozostaje nam chyba bezlitośnie życzyć Evženowi Bočkowi bezsenności – wszak podobno pisze głównie ranem, gdy nie może spać :)

***
E. Boček, Arystokratka na koniu, tłum. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2017.

A tych, którzy chcieliby zobaczyć autora i posłuchać, jak opowiada o najnowszym tomie swojego cyklu, odsyłam do poniższego filmiku. Po czesku, ale i bez znajomości można spróbować. Dla chcącego nic trudnego! 


O poprzednich tomach cyklu przeczytacie tutaj:

niedziela, 25 lutego 2018

Polska nie-perełka na dnie – Tomasz Kowalczyk, „Maszynopis z Kawonu”

Zapowiadanej delikatności zabrakło, a nieliczne dobre fragmenty były jak kwiatki... na wysypisku.
Cykl Polskie perełki na dnie stworzyłam, by choć trochę pomóc młodym polskim autorom – tym mało znanym, wydawanym w niewielkich nakładach przez niszowe wydawnictwa, które nie stać na szeroko zakrojone kampanie reklamowe. Drażniło mnie, że książki przeciętne są promowane z takim rozmachem, podczas gdy naprawdę wartościowe pozycje pozostają gdzieś na obrzeżach uwagi, czekając, aż ktoś je dostrzeże.

Oczywiście musiałam się liczyć z tym, że nie wszystkie przysyłane mi przez autorów książki, nawet mimo obiecujących zapowiedzi i recenzji, będą naprawdę dobre. Pierwsza taka sytuacja spotkała mnie jednak szybciej, niż się spodziewałam, bo już teraz – na samym początku akcji. Z przykrością muszę stwierdzić, że Maszynopis z Kawonu Tomasza Kowalczyka to żadna perełka.

Moja lista zarzutów jest długa, największe zastrzeżenia budzi chyba jednak sposób, w jaki autor ubiera swoje myśli w słowa. Pseudoartystyczny, niby-poetycki, opierający się na nagromadzeniu trudnych terminów, co ma zapewne świadczyć o oczytaniu i elokwencji, ale w gruncie rzeczy brzmi do bólu pretensjonalnie. „Poczułem się, jakby ktoś wbił rękę w zegar mojego DNA i zawirował sekundnikiem, zezwalając na repetę sprzężeń tych samych asumptów, w tym samym punkcie odniesienia i koincydencji” (s. 30) – pisze na przykład autor. W innym miejscu wspomina o pukaniu do drzwi „wyrwanym z otaczającego oniryzmu” (s. 24), o „turbinach nakręconych na perfekcyjne wykorzystanie archetypu duszy” (s. 103) i o tym, że „zaczęły kiełkować w nas jajeczka, które nakazywały nam zedrzeć z siebie skorupy istnienia i kopulować się [sic!] z esencją metafizycznej istotności” (s. 108).

Widać i czuć wyraźną inspirację twórczością takich pisarzy jak Bruno Schulz (w jednym miejscu pojawiają się nawet jego „telluryczne ingrediencje”), ale, cóż, Tomasz Kowalczyk drugim Schulzem nie jest. Oczywiście, nie brakuje w literackim panteonie gigantów, przez których teksty brnie się z trudem, ale przecież nie o sam trud chodzi. Tymczasem u polskiego autora mamy do czynienia ze zwykłym efekciarstwem („Mnie się nie chce myśleć o złudzie pieniężnej. Zatapiam się ostatnio w Mannie i Fraengerze” – odpowiada bohater na pytanie znajomego, co słychać), za którym kryje się tylko mocno banalne przesłanie – świat jest zły i niczego nie rozumie.

Wyjątkowo karykaturalnie ten sposób opisu rzeczywistości prezentuje się w połączeniu z całą masą błędów językowych, składniowych, stylistycznych (Bogu dzięki przynajmniej ortograficznych brak). Jak twierdzi stopka redakcyjna, nad publikacją czuwała korektorka, ale naprawdę trudno mi w to uwierzyć. Jak mogła bowiem nie zauważyć, że autor nie ma pojęcia, jak się używa imiesłowów („idąc, na horyzoncie rozpościerały się bloki mieszkalne”, „żując go, rozprzestrzenił się po mojej jamie ustnej słodki brokat”, „opuszczając różne wehikuły, zmienia nam się pogląd”), notorycznie używa słowa „prominentny” w niewłaściwym znaczeniu („i tylko zapach prania krzeszący swoje spoiwo z zakamarków zaświatów wydawał się prominentny”) oraz słowa „wyzierać” w niepoprawny sposób („białe otoczenie wyziera we mnie zapach”, „ceglasta gęba kominka wyzierała skonsumowane polana”). Takie błędy drażnią, ale prawdziwą furię wywołał u mnie widok „dlatego, bo”. Jak można było przepuścić coś takiego w wydanej drukiem książce?

W całej powieści roi się od nieporadnych językowo, pokracznych, udziwnionych sformułowań. Naprawdę trudno dociec, co autor miał na myśli, pisząc o tasiemkach żywicznych soków, które „próbowały, rozciągnąwszy swoje włókienka, dosięgnąć błyszczących genitaliów chmur” (s. 9), o „negroidalnym płomieniu świecy” (s. 22), „enigmatycznie odzianym ciele” (s. 29) czy „persyflażu ptomain świata” (s. 95). Zaskakują „skwierczące oczy” ukochanej (mimo szczerych chęci trudno mi się pozbyć skojarzeń z cebulą na patelni), „jędrna i wypełniona gazem” pupa czy „sklepienie czaszki przypominające trzon filozofii”. W osłupienie wprawiły mnie również zdania typu: „Wydostałem się z tej krótkiej rozmowy jak delfin wyskakujący ku niebu, aby zaczerpnąć haustu powietrza, w połączeniu z samochodem wyjeżdżającym ze zmurszałego garażu” (s. 13), „Powszechnością jest wymiana członków i macic na kształt kruszących się żarówek” (s. 140) czy też „Ekspedientką, kurczowo trzymającą się reguł syderycznej sprzedaży, była hybryda składająca się z połowy wszystkich znienawidzonych przeze mnie ludzi, a w połowie z papieża i wszystkich matek kościelnych, tak jakby doszło do lepkiej kopulacji między nimi wszystkimi” (s. 103).

Już na podstawie powyższych cytatów można też zauważyć, że autor nie tylko lubuje się w trudnych słowach, ale i wykazuje niepokojącą skłonność do obrzydliwych obrazów. Cielesność może być oczywiście wdzięcznym tematem dla literatury, ale „zabrudzone odbyty szukające oazy w jedwabnym dotyku papieru”, „zużyte kobiety przez niezaspokojone członki” czy też spostrzeżenie, że „każdy dzień to czopek mizantropii zaszczepiany doodbytniczo podczas porannej defekacji” [jak?!] przekraczają zdecydowanie granice dobrego smaku (szokując do tego kulejącą logiką i składnią). W dodatku odmalowane w książce fantazje nabierają momentami wręcz chorobliwego zabarwienia. „Miała uśmiech ckliwy i naiwno-dziecięcy, jakby ją tłuste putta z renesansowych fresków smyrały swoimi peniskami po rozognionych sutkach” (s. 99) – pisze autor, a prócz tego funduje nam dziwną scenkę z dziewczynką masturbującą się przy muzyce fortepianowej.

Kiedy indziej jego bohater fantazjuje o tym, że nożem do mięsa zabija swoją matkę. Proza Kowalczyka wręcz kipi gniewem i nienawiścią – i to jeszcze jedna rzecz, która tak bardzo w niej odrzuca. Czasami jego bohater nie przebiera w słowach – w momentach furii mówi o „gorących, napalonych sukach”, których „cipy pragną dogłębnego przeczyszczenia wibrującym bolcem” (s. 89). Szczególnie dziwacznie wyglądają te fragmenty w zestawieniu z przesłodzonym gruchaniem zakochanych gołąbków, gdy na scenę wkracza Tosia. „To jest mój mały kwiatuszek i muszę o niego dbać” (s. 74) – rozmyśla facet, który jeszcze niedawno mordował w myślach swoją matkę ze słowami „To, kurwa, wszystko twoja wina, suko!”.

Tosia jest w ogóle postacią problematyczną. Z jednej strony – kreowana na istotę niewinną i uroczą, trochę dziecinną w tym, co mówi i jak mówi (po dziecinnemu sepleni). Kiedy więc z jej ust padają słowa takie jak „Kochanie, nie denerwuj się. Tych idiotów nie zmienisz. To są zwykłe rekwizyty”, „Ja tak bardzo nienawidzę ludzi” czy „Dzisiaj wyjątkowo nie chciało mi się rzygać”, pojawia się jeden wielki zgrzyt. Płomienna nienawiść, jaką obydwoje darzą ludzkość, dziwi, biorąc pod uwagę stwierdzenia narratora, że „trzeba kochać i być dobrym dla innych”. Mówi, że na świecie byłoby lepiej, gdyby tylko ludzie podchodzili do siebie z miłością i dobrocią – może więc zmienianie świata warto zacząć od siebie?

Żal, że w ogólnym rozrachunku to tak słaba książka – bo trafiło się również w Maszynopisie z Kawonu kilka fragmentów, obrazów, które uważam za naprawdę dobre. Kilka prostych, ale zaskakująco obrazowych metafor i jeden ujmujący moment smutnej szczerości, bez epatowania wyższością – jak kwiatek na wysypisku. Niestety toną one w cuchnącej pianie efekciarskiego stylu i pseudointelektualnych wynurzeń, do których prędzej czy później autor z lubością powraca.

Myślę, że taki a nie inny sposób pisania to trochę zgubny efekt zapatrzenia w ulubionych twórców, wśród których Tomasz Kowalczyk wymienia m.in. Prousta, Joyce’a i Leśmiana. I choć jego Maszynopis z Kawonu byłby doskonałym polem do ironicznych popisów krytycznoliterackich (już wyobrażam sobie tekst na jego temat w „Koktajlu z maku” Marty Syrwid), postanowiłam skupić się na rzeczowym wypunktowaniu elementów, które sprawiają, że ta książka jest po prostu zła.

Gdybym miała autorowi coś doradzić, byłoby to: więcej pokory, więcej prostoty oraz zaprzyjaźnienia się nie tylko ze słownikiem wyrazów obcych, ale i poprawnej polszczyzny. I więcej delikatności, o której przecież autor w wypowiedziach na temat tej książki tak często wspomina. Niestety, ja tutaj delikatności nie widzę.

***
T. Kowalczyk, Maszynopis z Kawonu, wyd. Poligraf, Brzezia Łąka 2015.

Ilustracje:
[1] ulleo / pixabay.com
[2] wydawnictwo Poligraf / wydawnictwopoligraf.pl

sobota, 24 lutego 2018

Czeskie skarby pod specjalnym nadzorem (2): Polsko-Czeska Wiosna Literatury w Warszawie – wydarzenie


W ramach swojego czeskiego cyklu (pierwszy odcinek tutaj) zapowiedziałam, że publikować będę przede wszystkim informacje o premierach książek, ale również o ciekawych wydarzeniach związanych z czeską kulturą. Ponieważ początek roku nie obfituje u nas w czeskie książkowe premiery, ale za to na horyzoncie bardzo interesujące czeskie wydarzenie, dziś kilka słów tylko o nim.

To nawet nie wydarzenie, a cały cykl. Mowa o Polsko-Czeskiej Wiośnie Literatury, organizowanej w Warszawie przez Mazowiecki Instytut Kultury we współpracy z Czeskim Centrum, Instytutem Polskim w Pradze, Biblioteką Václava Havla oraz Domem Spotkań z Historią. Jak piszą organizatorzy, okazją do tej serii spotkań jest 100-lecie niepodległości Polski i Czech.

Wydarzenia w ramach Polsko-Czeskiej Wiosny odbędą się w trzy marcowe weekendy. Będą to spotkania z polskimi i czeskimi autorami, w czasie których fragmenty ich książek czytać będą znani polscy aktorzy, a także wystawy, pokazy filmowe, spektakl teatralny oraz niedzielne warsztaty i spotkania skierowane do dzieci. Poniżej – w kilku słowach o tych punktach programu, które wydają mi się szczególnie interesujące.

Cykl zostanie zainaugurowany już w najbliższy czwartek 1.03 pokazem filmu Olga (reż. Miroslav Janek, 2014) – dokumentu poświęconego Oldze Havlovej, a także spotkaniem z Anną Freimanovą z Biblioteki Václava Havla (prowadzi Andrzej Jagodziński). W piątek 2.03 z czytelnikami spotkają się Radka Denemarková i jej tłumaczka Olga Czernikow, w sobotę 3.03 – Olga Tokarczuk, a następnie Dorota Masłowska wraz ze swoją czeską tłumaczką Barbarą Gregorovą.

Dwa tygodnie później, w sobotę 17.03, odbędzie się poświęcone Josefowi Škvoreckiemu spotkanie z tłumaczem Andrzejem Jagodzińskim, a także rozmowa z Mariuszem Suroszem, autorem książek Pepiki i Ach, te Czeszki. Wieczór zakończy projekcja polsko-czeskiego filmu Braciszek Karel (reż. Krystyna Krauze, 2016). W niedzielę 18.03 swoją działalność zaprezentują czeskie wydawnictwo Baobab i polskie Dwie Siostry. Gościem specjalnym będzie Olga Černá, autorka książek dla dzieci.

W sobotę 24.03 akcja przeniesie się natomiast do Teatru Dramatycznego, Scena na Woli, gdzie w ramach świętowania 50. rocznicy jedynego spotkania autorskiego Bohumila Hrabala w Polsce zostanie wystawiony spektakl Pociągi pod specjalnym nadzorem. Po nim odbędzie się spotkanie z twórcami – reżyserem Jakubem Kroftą oraz autorem adaptacji tekstowej Januszem Andermanem. O tym, jak w zeszłym roku Mazowiecki Instytut Kultury świętował rocznicę jedynego polskiego spotkania autorskiego Hrabala, poczytać możecie tutaj.

Wstęp na wydarzenia jest wolny, z wyjątkiem spektaklu i spotkania 24 marca, na które obowiązują zaproszenia. Pełny program i szczegółowe informacje znaleźć można na stronie MIK. Zapowiada się ciekawie, prawda? Do zobaczenia w Warszawie! :)

poniedziałek, 12 lutego 2018

Nędznicy po ukraińsku, czyli opowiadania Iwana Franki

Ten tekst powstał trochę z przekory. Bo choć opowiadania Iwana Franki, przeczytane w ramach przedmiotu obowiązkowego na studiach, autentycznie mnie zachwyciły, bardzo możliwe, że nie poświęciłabym im osobnego tekstu. Gdyby nie to, co przytrafiło mi się później na egzaminie.

„Nawet Frankę pani przeczytała?”, powiedziała tylko pani profesor z nutką lekceważenia w głosie, po czym przystąpiła do biadolenia, jak mogłam nie sięgnąć po żaden ze staroruskich i staroserbskich eposów. Skutek tego szkolnego podejścia? O słowiańskich eposach nigdy u mnie nie przeczytacie, za to z wielką przyjemnością opowiem Wam o tym, dlaczego opowiadania Franki to moim zdaniem wielka literatura – i dlaczego bardzo chciałabym, żebyście i Wy je poznali.

Człowiek znaczy mniej niż świnia

Przede wszystkim – historie, które chyba wzruszyłyby nawet kamień. Opowieści o ludziach i biednych i pogardzanych, jak dziadek Onufry (opowiadanie Pańszczyźniany chleb), zawsze głodny, noszący w kieszeni twardy, czarny, stary chleb, na widok którego zapłakał nawet ekonom, bezlitośnie batożący pracujących na roli wieśniaków. Bohaterowie Franki to jednostki liczące się dla urzędników mniej niż skrępowana powrozami świnia (Świńska konstytucja), zmuszane przez los do ciężkiej i niebezpiecznej pracy w kopalniach, gnębione przez możnych panów lub przez bezlitosny system.
„Do tej chwili nic nie rozumiałem i nie zastanawiałem się nad tym: kazali pracować – pracowałem, bili – cierpiałem, bo widziałem, że i inni to znoszą (…). Ale te łzy ekonoma od razu mi wszystko w duszy do góry nogami przewróciły. Zrozumiałem, że musi być straszne zło, straszna niesprawiedliwość na świecie, kiedy nawet taki zwierz nad nią zapłakał” (s. 91).
Franko pokazuje, że mimo zmian, które nastąpiły pod koniec XIX wieku, mimo zapisów konstytucyjnych i mimo zniesienia pańszczyzny, prości ludzie, chłopi i robotnicy nadal nie znaczą nic. Czasy, o których pisze, to doba „nowomodnych kijów”, które, w przeciwieństwie do tych tradycyjnych, odczuwa nie tylko sam chłop, ale i jego najbliżsi – kar pieniężnych. W zainspirowanym prawdopodobnie Płaszczem Gogola opowiadaniu Historia kożucha biedna rodzina z powodu kary za nieobecność w szkole chorego dziecka traci to, co dla nich zimą najcenniejsze – jedyny w domu ciepły kożuch. Po tygodniu udaje im się go odzyskać, ale przechowywany przez ten czas w wilgotnej komorze, okazuje się zgniły i niezdatny już do użytku, co w praktyce skazuje rodzinę na głodową śmierć.

Koniec ery łyżkarzy

Status społeczny prostego człowieka nie zmienia się więc, zmieniają się za to, i to w sposób odczuwalny i dotkliwy, inne rzeczy. W życie ludzi wkracza biurokracja – jak i w przypadku łyżkarza z opowiadania Przemysł domowy. Człowiek, który od lat wyrabiał w domowym warsztacie łyżki, słynąc w okolicy ze swojego kunsztu, zostaje zmuszony do zaprzestania działalności, ponieważ za jej rejestrację zgodnie z przepisami musiałby zapłacić więcej, niż zarobiłby przez kilka lat.

Iwan Franko w roku 1898.
Przemiany te oznaczają jednak nie tylko utratę środków utrzymania dla wielu ludzi. Nowe przepisy i postępująca biurokratyzacja skazują także na bezpowrotne odejście pewną kulturę i sposób życia. Franko z sentymentem i czułością wręcz opisuje dawne profesje oraz oddających się im z zapałem ludzi, a w zamykającym zbiór osobistym opowiadaniu W kuźni wspomina chwile, gdy jako mały chłopiec towarzyszył przy pracy swojemu ojcu-kowalowi. W jego kuźni zawsze panował radosny gwar, sąsiedzi wpadali na kieliszek wódki i pogawędki, miejscowi gawędziarze dzielili się swoimi historiami, a klienci, za zachętą ojca, sami pomagali w pracach kowalskich. I choć ta epoka domowych warsztatów, spotkań i anegdot już dawno minęła, autor wraca do nich z nostalgią i wyznaje, że ogień z kuźni jego ojca wciąż tli się w jego sercu.

Niskie wiejskie strzechy

Obraz wiejskiej społeczności odmalowany przez Frankę nie jest jednak czarno-biały, autor nie dzieli świata na „dobrych chłopów” oraz „złych panów”. Także ludzie prości z tych opowiadań bywają zawistni, nietolerancyjni, szyderczy. Nie bez powodu w zbiorze znalazł się chwytający za serce utwór Mały Miron – historia chłopca, który widzi świat inaczej niż inni, za co jest bezustannie karcony przez rodziców i piętnowany przez otoczenie. Franko zwraca uwagę na dramat ludzi, których nieprzeciętna wrażliwość i indywidualność zostają zdławione w ciasnych wiejskich chatach.
„Zdarzają się po naszych wsiach dość często takie dziwne istoty. Od małego wszystko w nich nie takie jak u ludzi: i chód, i twarz, i włosy, i uczynki, i słowa. A kiedy dziecko takie będzie zmuszone całe życie spędzać pod ciasną wiejską strzechą, bez możliwości rozszerzenia kręgu doświadczeń, bez głębszej wiedzy, kiedy ciemni rodzice zaczną wbijać mu w głowę, by wszystko robiło «tak jak ludzie», to uda im się w końcu zdławić jego indywidualność” (s. 157).
Czy to nie jest uniwersalna opowieść? Czy nie jest tak, że wciąż jednostki wrażliwe i myślące, ale przez to „inne”, są usilnie wtłaczane w przyjęte formy? A przeciętni rodzice zamiast małego oryginała wolą skrojoną na miarę blondyneczkę z samymi piątkami w dzienniczku? Pisałam przecież o tym wcale nie tak dawno, bo omawiając Onego Zośki Papużanki.

Zawsze wie lepiej

Inny utwór, który uderza wręcz uniwersalnością i ponadczasowością – Doktor Besserwisser – jest również dowodem na to, że Franko potrafi nie tylko wzruszać, ale i bawić. Opowiadanie to, jak już sam tytuł sugeruje, jest przepyszną satyrą na ludzi, co „zawsze wiedzą lepiej”. Tytułowy doktor Besserwisser zostaje porównany do ezopowskiego mysikrólika, który schował się wśród piór orła i lecąc na jego grzbiecie chwalił się, że potrafi się wznieść wyżej.

„Dziś może kogoś serdecznie ściskać, a jutro plunie mu w twarz; w tego, komu dziś zwierzał się z najtajniejszych pragnień swojej duszy, jutro ciśnie kamieniem. To jest właśnie oznaka prawdziwej niezależności jego charakteru” (s. 147) – pisze o tym wszędobylskim typie Iwan Franko. I dodaje:
„Przyjemnie jest mieć świadomość, że gdy człowiek zrobi czy napisze jakieś głupstwo, tuż obok znajdzie się szczery przyjaciel, który zaraz, w imię dobra publicznego, udowodni ci, że jesteś idiotą i że on sam zrobiłby to znacznie lepiej. W sercu budzi się radosne uczucie: no, jeszcze nie zginęła Ukraina, póki ma takich synów” (s. 148)
Dźwięki i zapachy ukraińskiej wsi

W opowiadaniach Iwana Franki pobrzmiewają jeszcze echa czasów, kiedy sztuki opowieści można się było uczyć od wiejskich gawędziarzy. Ukraiński pisarz opowiada wprost przepięknie – prosto i bezpośrednio, a zarazem chwytając za serce, do głębi wzruszając czytelnika losem swoich bohaterów. Jego proza jest przy tym niezwykle malownicza. Wręcz czuć w niej poranny powiew wiatru i wilgotny zapach szuwarów u schyłku dnia, słychać rozćwierkane koniki polne i brzęczenie much, jak żywa staje nam przed oczami wieczorna mgła na polach, spod której, „niczym dziecko spod ciepłej pierzyny”, odzywają się derkacze.

Cudowna literacka podróż, której nie spodziewałam się w uczelnianych murach. I tylko szkoda, że tak nie potrafią jej tam docenić.

***
I. Franko, Opowiadania, przeł. Zofia i Stanisław Głowiakowie, wyd. Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1978.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] Wikimedia Commons,
[3] Sergei Prokudin-Gorskii, Library of Congress / Wikimedia Commons.

piątek, 2 lutego 2018

Rodzina jak przypalony gar – „Macocha”, Petra Hůlová [patronat]

Dziwnie się czuję, przystępując do recenzji Macochy – bo narratorka aż się prosi, by jej zacząć grzebać w bebechach. Ale czy powinnam mieć skrupuły, skoro i ona, bez najmniejszej litości dla czytelnika, funduje mu jeden bolesny cios za drugim? Zacznijmy więc tę wiwisekcję!

Miłościwie jednak nie zacznę od tego, co najbardziej osobiste, intymne, od tych najmroczniejszych zakamarków duszy naszej bohaterki. Zacznę od tego, co łączy Julie z bezimienną bohaterką Plastikowego M3. Tu mamy przygniecioną nieudanym życiem rodzinnym autorkę wielkonakładowych romansów, tam – luksusową prostytutkę. Obydwie mieszkają w Pradze, snują podobną narrację („pędzą na własnej głowie niczym na saniach po śniegu zdarzeń”) i bardzo podobnie patrzą na świat. Widzą zanik relacji międzyludzkich, widzą mordercze tempo życia i mówią głośno, że to wszystko jest nie tak.
„Rytm auto-biuro-auto-dom, od czasu do czasu urozmaicany innym: auto-biuro-auto-modny bar-taksi-dom czy też auto-biuro-auto-siłownia-modny bar-taksi-lulu, wyznacza krok szczurom, których pełne są kanały tego miasta, co z tego, że to elegancko urządzone kanały wysokiej klasy” (s. 44).
Za to, że mówią głośno, dostaje im się po głowie. Czasem. A czasem po prostu nikt nie słucha. Julie całymi dniami wygłasza z balkonu swoje płomienne mowy, ale tylko bezdomni i ćpuni od czasu do czasu zerkną, bo tylko im się nigdzie nie śpieszy. Dramatyczny jest ten obraz: bezradna figurka ponad rwącą rzeką nowoczesnego życia, ponad kanałami pełnymi szczurów, bezradna, ale mimo to krzycząca ile w piersiach tchu… Bo „nie, moi drodzy, rycerze z góry Blaník nie nadejdą, by pomóc narodowi w trudnej chwili. Nie. Wszystko jest wyłącznie w naszych rękach” (s. 21).

Gnioty pisane z wyczuciem

Julie jednak nie tylko krzyczy pijana z balkonu. Poza tym też pisze. Ale, żeby było zabawniej, Hůlová uczyniła bohaterką swojej powieści autorkę literatury niskich lotów, a więc zupełnie innej niż ta, którą pisze ona sama. „Zostawiwszy piedestał tak zwanym poważnym autorom, zgarniam szmal do kabzy” (s. 34) – brzmi ostentacyjna deklaracja Julie, trochę w stylu „Wy macie swoje nagrody, ja mam swoje volvo” Viewegha. Co ciekawe, zyskując w ten sposób dystans, ustami swojej bohaterki autorka zdaje się czasem ironizować na swój własny temat:
„Bo ile osób w trudnej sytuacji życiowej, jak pobyt w szpitalu przed operacją czy urlop z rodziną, zabiera ze sobą współczesną literaturę czeską, a ile romansidła? To pytanie retoryczne, rzecz jasna, bo karty dawno rozdane, zostawmy więc zimne piedestały gigantom z ambicjami i nie trapmy ich smutnymi statystykami sprzedaży” (s. 74).
O swoich książkach Julie mówi brutalnie „gnioty”. „Dla nich gniot to zło, gniot to literacki kmiot, a myślą tak nawet ludzie, którzy sami je czytają, wiecie, jak ich rozpoznaję? Tacy mówią na gnioty literatura lekka” (s. 95). Jej pisanie nie ma jednak w sobie nic z masowej produkcji, jest bardzo zaangażowana w pracę twórczą: „Mam w sobie (…) całą masę czułości i wyczucia, dlatego wiem, że długotrwałe, pełne czułości działanie miewa lepszy efekt niż gwałtowne i brutalne, nic na siłę, bo tworzenie na siłę kończy się wielkim bum!” (s. 123). I prawdopodobnie jest tak również dlatego, że jej książki, tworzone przez nią postaci i ich życia są dla niej ucieczką od świata – stąd jej zamiłowanie do szczęśliwych zakończeń. Ale o tym więcej za chwilę.

Literackie przytyki

Pozostając w tematyce pisania oraz tworzonej dziś literatury – mam wrażenie, że Hůlová subtelnie wbija szpileczki swoim konkretnym kolegom i koleżankom po fachu. Na przykład wzmianka na temat ludzi piszących o marszach śmierci, wypełniając narrację tanim wypełniaczem, „jak ramiona garsonki w latach osiemdziesiątych”, to najwyraźniej przytyk do Kateřiny Tučkovej (która zasłynęła w końcu powieścią o brnieńskim marszu śmierci). Z kolei fragment o sprzedawaniu w książkach własnego życia pachnie mi aluzją do Boučkovej.

Narratorka(/autorka?) śmiało też ironizuje na temat tzw. ambitnej literatury i tego, co dziś pod tym pojęciem rozumieją krytycy: „Miała za cel dręczyć i przygnębiać, a to się nazywa wartościowa proza. Autor dręczy siebie i czytelnika, autora z kolei zadręcza udręczony krytyk, który ma już dość całej tej udręki, a to się z kolei nazywa czekanie na wielką czeską powieść” (s. 69). Dodaje: „Tak zwana literatura bowiem (ta, która gardzi moją) obfituje zwykle w całą gamę sposobów na spieprzenie sobie życia” (s. 125). Czy to nie świetna charakterystyka samej Macochy? (Uch, co za zapętlenie!).

Oprócz samej literatury narratorka opowiada też o czeskim środowisku literackim – tym z lat 90., gdy jeszcze była na początku swojej pisarskiej drogi. To światek mały, przesiąknięty zawiścią, w którym karierę najłatwiej jest zrobić przez łóżko. Centralnym jego punktem jest tajemniczy T.K., „odkrywca młodych talentów i młodych cipek”. Oczywiście ile w tych historiach faktów, jej własnych wspomnień, a ile zmyśleń, wie tylko Hůlová – ale doskonale zdaje sobie sprawę, że będzie to nurtować czytelnika.

Czerwone jak krocza małych dziewczynek

Poznając te wspominki z literackiej młodości, powoli wchodzimy coraz bardziej w życie osobiste naszej barwnej bohaterki. „Zawsze zapędzam się tak daleko w technologię i konstrukcję świata, kiedy nie chcę mówić o mojej własnej” (s. 16) – twierdzi narratorka, i wygląda na to, że z czasem coraz bardziej ma jednak potrzebę mówienia o konstrukcji własnej. Coraz mniej w niej roztrajkotanej bohaterki Plastikowego M3, zyskuje za to własną, wymizerowaną, wykrzywioną bólem twarz.

Choć korzenie obydwie zdają się mieć wspólne. Ze swojego dzieciństwa Julie wspomina właściwie tylko dwa wydarzenia – moment, gdy znalazła swego dziadka („żydokomunistyczną świnię”, której geny „śmierdzą w niej jak zgniły rybi łeb”) martwego w łazience oraz chwile, kiedy była molestowana seksualnie. I przypominam sobie misję narratorki M3, jej bohaterską walkę ze stryjkotatulami, oraz jej zapewnienia, że sama miała szczęśliwe dzieciństwo, żadnych traum, zapewnienia gorliwe, tak gorliwe, że aż budzące podejrzenia… Te fragmenty dotyczące molestowania dzieci są oczywiście, tak w Plastikowym, jak i tutaj, głęboko wstrząsające (i przywodzą mi na myśl również inną bardzo bolesną lekturę w temacie, Przyczynek do historii radości Radki Denemarkovej).
„Dziecko stojące sztywno jak kukła, które wszystko znosi, bo wie, od zawsze wie, że dorośli są dziwni. Niby dlaczego ręka obcego mężczyzny w miejscu, gdzie jej być nie powinno, miałaby się wydać dziecku dziwniejsza od niezrozumiałych, prowadzonych podniesionym głosem rozmów dorosłych? Krzyczę ze swojego balkonu, że te biedne małe dziewczynki o niczym nie mają pojęcia (…). Znów wrze we mnie lawa, gotowana w zbyt małym rondlu konfitura z malin, czerwonych jak krocza małych dziewczynek” (s. 29).
To żarłoczne macierzyństwo

Z czasem przechodzimy wreszcie do tego, co wydaje mi się najważniejszym tematem Macochy – do rodziny. Po szalonej literackiej młodości, po okresie burzliwych związków miłosnych oraz ustawicznego poczucia winy, z sercem twardym i pokrytym bliznami, bohaterka wychodzi za mąż i rodzi „dwa słodkie gołąbeczki”.

Wsłuchując się w jej opowieść, dochodzimy jednak do wniosku, że zdecydowała się na ten krok z powodów raczej smutnych. Bo chciała mieć w kimś oparcie na starość, bo chciała z tym zdążyć, póki był jeszcze czas, bo zegar biologiczny bezlitośnie tykał.
„Żal nad prewencją żalu, czyli decyzją o posiadaniu potomstwa, chociaż nie ma się na nie specjalnej ochoty, wymuszoną strachem, że ta ochota mogłaby nadejść w przyszłości, kiedy jajniki wypadną z gry i przyjdzie nam się uciekać do poniżających metod laboratoryjnych, a potem, po przekroczeniu lat czterdziestu pięciu, nie pozostanie nam już nic prócz wycia, alkoholu i goryczy” (s. 101).
W desperacji więc zdecydowała się na macierzyństwo, ale, jak sama mówi, był to dla niej wybór Zofii – bo najbardziej na świecie chciała pisać. Naiwnie liczyła, że jeśli „odhaczy” dzieci, do końca życia będzie mogła skupić się na swojej pracy. Nie stało się tak jednak, bo jej spragnione kontaktu pociechy wiecznie stały „z nosami przyklejonymi do matowej szyby w drzwiach mojego gabinetu, wystukując na niej paluszkami długie sonaty”. W jej relacjach macierzyństwo to żarłoczna bestia, która żywi się osobistym zaangażowaniem, życiową pasją. Nie może zrozumieć, że jej dzieci oczekują od niej wejścia w tradycyjną formę matki – i nie może się z tym pogodzić.


Oczekiwanego zrozumienia nie otrzymuje również od męża. Wyrzuca mu, że nie szanował jej pracy, że uważał jej książki za absurd i stratę czasu, że jej potrzebę bycia samą, poświęcenia się pisaniu, traktował jako widzimisię. Nie doceniał jej. Dlatego mówi gorzko: „Naprawdę rzygać mi się chce, że muszę teraz uderzyć w te stare spróchniałe struny, ale dlaczego to zupełnie oczywiste, że kiedy pracuje mężczyzna, wszyscy szanują jego prawo do świętego spokoju?” (s. 92).

Pozbawiona tego metaforycznego „własnego pokoju” Virginii Woolf (o samej Virginii Hůlová opowiada trochę w tym wywiadzie – po angielsku!), bohaterka odreagowuje frustrację na dzieciach. Słodkie gołąbeczki z czasem przyzwyczajają się do podawania rodzicom w trakcie awantur plastikowych talerzy, uczą się również zmywać z chodnika zupę, wylaną przez okno w matczynym przypływie szału. Dzielnie szorują gar po rodzinnej zupie, przypalony, gdy już wyparował z niego wzajemny szacunek rodziców. Ale czy to można nazwać szczęściem rodzinnym? Nie dziwi więc aż tak bardzo, że córeczka, z początku obdarzając ją inwektywami w stylu „ty zupo kalafiorowa”, z czasem zamienia je na „ty załgana pizdo”. Projekt rodzina definitywnie upada. A w ślad za tym upadkiem przychodzą gorzkie refleksje:
„Trwamy, chociaż nie myślimy. A może właśnie dlatego? Najlepiej trzymają się rodziny, w których muły wciąż i wciąż bez gadania obracają korbę mechanizmu dźwigowego, ktoś, z jakiegoś bliżej nieokreślonego dołu, podaje im wiadra materiałów budowlanych i budynek-rodzina rośnie aż miło, a jego okna zawsze zwracają się w stronę słońca” (s. 156).
W przepaść

Na tym etapie czytelnik, choć żałuje oczywiście zaniedbanych dziatek, bez większego trudu jest również w stanie wczuć się w narrację matki i współczuć także jej. Ale wkrótce obraz rodziny staje się coraz bardziej niejednoznaczny, a gdzieś na marginesie pojawiają się niepokojące elementy. Jest scenka ukrywania się z córką w szafie, ponieważ „mąż był brutalny” i jest kontrowersyjne „mizianie” mamy z dziećmi, po którym pewnego razu zostaje wywleczona za włosy z łóżka.

Tych niepokojących wzmianek jest tym więcej, im dalej. Narracja również się zmienia, z mglistej i podającej rodzinny dramat w sposób zawoalowany staje się jasna i ostra jak brzytwa, szczera, osobista, jakby dopiero w trakcie pisania autorka nabrała odwagi do powiedzenia tego, co powiedzieć w swojej książce chciała. I to jest ten moment, w którym narratorka staje jakby na skraju przepaści, przepaści Macochy, ciemnej otchłani swojej bezradności, alkoholowych wizji, pracoholizmu. Po czym rzuca się w tę przepaść. Granica między rzeczywistością a fantazją zaciera się, powracają te najgorsze wspomnienia, dokonane aborcje, patologiczne skłonności („oddałabym wszystko w świecie, by móc całować się z własnym synem”). 

I nie pomaga tu nawet Jarda, poczciwy Jarda zalatujący potem ciężkiej pracy, Jarda, który po rozwodzie pomógł jej uwierzyć, że jednak możliwy jest związek, którego podstawą jest wolność, i w którego ramiona wpada zaraz wyjściu z gabinetu, „a to się nazywa miłość”. Już za późno – zbyt ciężki jest ten emocjonalny bagaż, by nawet Jarda mógł ją uratować.

Dopiero wtedy poznajemy ją naprawdę. Zaczynamy rozumieć, że przez całe życie toczy walkę ze samą sobą, czuje się podła, bezużyteczna, wciąż zawodzi samą siebie. I że pisanie, którego trzyma się tak kurczowo, znaczy dla niej tak wiele, bo jest po prostu ucieczką od rzeczywistości – dzięki swoim historiom i bohaterom oraz dzięki reakcjom czytelniczek zapomina o tym, co tu i teraz. O ogromie jej bezradności świadczy fakt, że w pewnych momentach zaczyna się modlić. Komu innemu, jak nie Bogu miałaby dziękować, że nie musiała się uciekać do metody in vitro, i do kogo innego miałaby się zwracać: „Wysoko do Ciebie, do Ciebie teraz mówię, i do tej małej śpiącej głowy, którą masz w swojej opiece” (s. 97)?

Życie w ciemnościach

Wspomniałam, że w pewnym momencie narratorka rzuca się w ciemną otchłań, że pochłania ją mrok. Również fizyczna ciemność panuje w mieszkaniu bohaterki – choć ma w nim siedem okien, nawet w ciągu dnia nie pozwala odsłaniać gęstych zasłon. To również sposób, by odciąć się od świata zewnętrznego. Jedynym jej maleńkim oknem na świat pozostaje balkon, ten balkon, z którego wywrzaskuje swoje płomienne mowy, i który jest również symbolem wspomnień dawnego życia, wątłą nadzieją na stateczność przyszłego.
„Jeśli o mnie chodzi, staram się unikać świata, i gdy z mojej szafy na ubrania wylatuje mól, z miejsca potrafię wczuć się w jego skórę i wyobrazić sobie życie w ciemnościach wśród płaszczy” (s. 14).
Jakoś współgra mi to z metaforą szczęścia jako ćmy, która wcisnęła się do mieszkania przez niedomknięte okno, lgnąc do światła – bo wtedy jeszcze było światło. Uwięziona później w ciemnościach ćma zamienia się w ptaka, który nie może poderwać się do lotu, i w końcu usypia. Nie daje się już obudzić, a narratorka stwierdza, że „w naszym domu nigdy nie było miejsca na tego patrocha”. Bardzo smutna metafora.

Ten obraz pogrążania się w ciemnościach przypomina mi drogę, jaką przebywa bohaterka W ciemność Anny Bolavej. Z jakichś powodów jednak w tej historii odnajduję się bardziej, bardziej również współczuję bohaterce Hůlovej, choć sama autorka nazywa ją potworem, i rzeczywiście na pierwszy rzut oka kimś takim może się wydawać.

Emancypacja bez szans na happy end

Petra Hůlová
Wracam jeszcze na chwilę do tego kobiecego dylematu, do tego wyboru Zofii między dziećmi a pracą. Między dziećmi nie do końca chcianymi, ale mimo to powoływanymi na świat, „bo później będzie za późno”, a pracą – ale nie pracą, od której ucieka się z ulgą, ale pracą-pasją, tą, która stanowi treść życia. Czy w takiej bajce jest w ogóle możliwe szczęśliwe zakończenie?

Przypomniały mi się tu słowa Hrabala: „Gdybym miał dzieci, to jak mógłbym myśleć o pisaniu! Z pewnością troszczyłbym się o dzieci, o pisaniu nawet bym nie pomyślał, ponieważ dla mnie rodzina i dzieci znaczą więcej niż cokolwiek innego na świecie”*. Czyli – jeśli dzieci, to z pisaniem koniec. A to przecież jeszcze inna sytuacja, bo historia opisana w Macosze to historia kobiety. Od kobiety, jak zauważa Hůlová, w dużo większym stopniu oczekuje się wyrzeczeń. Czy jedyną drogą do rodzinnego szczęścia w przypadku kobiety jest zrezygnowanie z osobistych marzeń, położenie po sobie uszu i poświęcenie wszystkiego dzieciom? Ale czy można wtedy mówić o szczęściu? O spokoju, stabilizacji – być może. Ale co ze szczęściem?

Z Macochy wynika więc, że w tej sytuacji nie ma szans na happy end. Narratorka uważa, że wszelka kobieca emancypacja, dążenie do życia po swojemu „sprawia, że historia zmierza do nieszczęśliwego zakończenia”. Dlatego bohaterki jej powieści nigdy nie są wyemancypowane. Tam, gdzie pojawia się skłonność do refleksji, do rozmyślania i analizowania – szczęśliwe zakończenie i proste życie rodzinne zawsze będzie zagrożone.

Za twarzą potwora

Silne emocje przy lekturze, kilka długich tygodni zbierania myśli, trawienie tego, co przeczytałam – Macocha to z pewnością jedna z książek, których lekturę najmocniej przeżyłam. Dlaczego? Bo tak jak bohaterka Hůlovej jest wyczulona na obłudę „jak żeglarz na światło latarni morskiej”, tak ja jestem wyczulona na emocje, życiową bezradność i zagubienie, a wszystko to czuję i widzę za twarzą tego „potwora”. To obraz jest zupełnie inny niż ten, którego spodziewałam się po wypowiedziach Hůlovej w wywiadach. Tak, ta kobieta wyrządziła wiele zła, ale tylko dlatego, że nie potrafiła sprostać wszystkim oczekiwaniom. Łącznie z własnymi, bo „najdotkliwiej zawodzimy przecież samych siebie”.
„»Wszystko w porządku, mamusiu?«, nagle czuję, że chcę tak trwać, nigdy nie otworzę oczu, byleby tylko jeszcze raz powiedział tak czule mamusiu (…), bo przecież kiedyś byłam mamusią, mamunią, a moje robaczki przynosiły mi z podwórka bukieciki stokrotek i leżały na mej piersi okryte kołdrą długich włosów…” (s. 169).
P.S. Oczywiście wielkie gratulacje dla tłumaczki. Wydaje mi się, że to była dużo cięższa przeprawa, niż w przypadku Plastikowego M3. Będę chciała sięgnąć do źródła – i jeśli ruszy mój cykl z uwagami o przekładach, na pewno Macocha się w nim znajdzie!

***
P. Hůlová, Macocha, przeł. Julia Różewicz, wyd. Afera, Wrocław 2017.

Na Literackich Skarbach Świata Całego również:
➤ Wstręt, odraza, prowokacja. Zapowiedź premiery Macochy
➤ Z kamerą wśród raszpli. Recenzja Plastikowego M3
➤ Mongolia cudownie odrażająca. Recenzja Czasu Czerwonych Gór – debiutu Petry Hůlovej
➤ Czeska literatura jest kobietą. Najważniejsze czeskie pisarki ostatnich lat

*Cytat Hrabala pochodzi z Dryblingu Hidegkutiego (przeł. Aleksander Kaczorowski, wyd. Czuły Barbarzyńca Press, Warszawa 2011). Pozostałe cytaty, które znalazły się w tekście, pochodzą z Macochy.

A o Macosze przeczytać można już też m.in. na:
Czepiam się książek,
Księgarka na regale,
Czechożydek,
Cuddle up with a good book,
Melancholia codzienności,
e-Makulatura.